Pokazywanie postów oznaczonych etykietą inne. Pokaż wszystkie posty

DZIENNICZEK POSTĘPÓW - dziewczyna lotnika i plany na lato


DUŻE RADOŚCI

Spieszę donieść co następuje: prace nad sukienką w stylu lat 40stych nadal trwają i dobrze rokują na najbliższą przyszłość. Lejąca wiskoza została ujarzmiona za pomocą krochmalu w spray'u (do kupienia np. w większych sieciówkach). Popryskałam nim niektóre bardziej nieposłuszne elementy przed rozpoczęciem szycia, co znacznie poprawiło komfort pracy. 
Po raz kolejny zmierzyłam się też z takimi fajnymi elementami konstrukcji, jak rękawki krojone z karczkiem, z ostrymi kątami (widać ten element na zdjęciu u góry). Te ostre zakręty wzmocniłam jedwabną organzą (którą mam obecnie tylko w kolorze liliowym, ale po zamknięciu szwów jest  i tak prawie niewidoczna; lewą stronę pokażę Wam w kolejnym poście) i drobnym ściegiem, o tak:

a potem jeszcze wszystkie szwy wzmacniałam taką taśmą:

Pomimo dużej ilości łagodnego krochmalu do koszul, efekt początkowo nie powalał i rzecz przypominała bardziej ścierę do podłogi.

Sytuacja dosyć magicznie się odwróciła, kiedy podszyłam rękawki bawełnianą lamówką i nagle, ku mojej dumie i uciesze, koszula przybrała formę koszuli.

Koszula obecnie posiada już okrągły kołnierzyk - wierzch krojony po skosie, dół wzdłuż brzegu i wzmocniony flizeliną i prezentuje się jak na zdjęciu tytułowym, czyli w następujący sposób:

Nie mogę się doczekać skończonej wersji! Właśnie wróciłam z pracy z głęboko zakorzenioną chęcią dalszej walki!
MAŁE SMUTECZKI


Niestety na tę chwilę pokonał mnie żółty, kwiatowy żakard i prace nad sukienką prezentowaną w poprzednim dzienniczku zostały wstrzymane do odwołania. Próbowałam ratować nieposłuszną górę, sprułam zaszewki, podkleiłam flizeliną, ale całość tak się powyciągała w trakcie, że w zasadzie nadawała się do wyrzucenia i skrojenia ponownie. 
Nie zmierzam całkowicie rezygnować z tego wykroju. Myślę, że dam mu odleżeć i zabiorę się do niego za jakiś czas ze świeżym podejściem.

PLANY NA LATO

Planuję w niedalekiej przyszłości wrócić do troszkę zapomnianej przeze mnie Burdy! Sukienki sukienkami, marzą mi się proste, luźne spodnie z lnu, takie do sandałków i dowolnej góry. Zawsze podobały mi się te z numeru 4/2000, model 112 (we wszystkich wariacjach).

Muszę też pomyśleć o szortach, ponieważ moje cztery litery nie mieszczą się w żadne ze spodenek z poprzednich lat... Nie oszukujmy się - nie zanosi się na to, żeby w najbliższym czasie coś miało się w tej sprawie drastycznie zmienić. Myślę, że zdecyduję się na model 111 z czerwcowego wydania Burdy z 2011 roku i może odzyskam jakąś starą tkaninę odziedziczoną po babci? :)

via burda.pl
Ahoj, przygodo!

Hawajska Betty w starym kinie


Zgodnie z wcześniejszą obietnicą prezentuję Wam Hawajską Betty na żywym organizmie. Zdjęć jest mało i nie są do końca tym, o czym myślałam, ale mam aktualnie małe problemy ze sprzętem i przejściówką w aparacie (do tego zdjęcia robił dosyć poirytowany sytuacją Łukasz). Mam nadzieję, że kolejne realizacje przebiegną znacznie sprawniej.
O samej sukience pisałam już obszernie w jednym z poprzednich postów, a zdjęcie tytułowe powędrowało na Instagrama. Wreszcie zrobiło się ciepło i mogę potwierdzić - sukienka jest bardzo wygodna i bardzo dobrze sprawdza się w wysokich temperaturach. Dosyć zjawiskowo prezentuje się też na wietrze, choć na szczęście bez efektu Marilyn Monroe.
Dodam jeszcze, że wszystkie dodatki, które widzicie na zdjęciach są zbiorami vintage. Okulary dostałam od mojej przyjaciółki Mary (nosiła je kiedyś jej babcia), buty dostałam od koleżanki z pracy Marysi (prowadzimy w biurze fajną wymianę barterową przedmiotów ładnych, które z jakiegoś powodu nie są nam potrzebne, albo nie pasują), pasek mam po osobistej babci, a drewnianą bransoletkę chyba przejęłam od mamy. Torebkę widoczną na jednym z ostatnich zdjęć kupiłam w second handzie. 
Nie znam się na modzie, ale lubię gromadzić rzeczy ładne i z historią. Cała stylizacja jest przeglądem co najmniej kilku dekad... Wciąż mam wątpliwości co do tych muszych okularów, ale podobno nie są takie złe jak mówię. Nie wiem, oceńcie sami :)






DZIENNICZEK POSTĘPÓW - dwie letnie sukienki i dawno niewidziany płaszcz Anna



Uszycie czegokolwiek zajmuje mi sporo czasu. Dzieje się tak z różnych przyczyn. Czasem nie mam czasu, weny twórczej, nie chce mi się, bo wolę grać w grę, pracuję, muszę posprzątać, tudzież zrobić coś innego w domu, albo po prostu natrafiam na problem, który musi swoje odleżeć, żeby się rozwiązać. Potem udaje mi się skończyć projekt, albo wręcz przeciwnie i czuję się zobowiązana tłumaczyć z efektów wszystkim, których poinformowałam o jego istnieniu. W przypadku rzeczy, które rzeczywiście skończyłam powstają przydługie notki na blogu, które mają zbyt wiele dygresji z procesu szycia i których nikt nie chce czytać.
Postanowiłam, że rozwiązaniem będą wpisy z serii Dzienniczka postępów, w których z czystym sumieniem mogę się spowiadać z tego co nie poszło, dlaczego nie poszło, albo dlaczego tak długo nie idzie. Jeśli Was interesują tylko projekty, które udało mi się zakończyć względnym sukcesem, możecie chcieć pomijać te posty.

TRUDNE SPRAWY


Oto dawno niewidziany płaszcz Anna. Projekt na podstawie wykroju z Postępu Krawieckiego z 1957 roku. Oddałam mu dużo serca i czasu. Dlaczego chwilowo zarzucony? Powód jest prosty: zajął mi tyle czasu, że przyszła kalendarzowa wiosna i postanowiłam przerzucić się na letnie sukienki, żeby zdążyć wbić się w sezon. 
Płaszcz zdecydowanie chcę skończyć, choć jest kilka rzeczy, które już teraz wiem, że spartaczyłam. Po pierwsze kołnierz. Nie układa się tak jak powinien i nie mam pojęcia co jest przyczyną. To znaczy wiem, że jest to błąd konstrukcji, ale nie wiem dokładnie co zrobiłam źle. Kołnierz troszkę marszczy się na ramionach. Myślałam, że wyeliminowałam problem po skorygowaniu modelu próbnego, ale niestety nie do końca. Jeśli się uda, postaram się zabrać płaszcz na wieś, do starszego Pana Krawca, po którym odziedziczyłam Postępy Krawieckie i być może to rozwieje tę zagadkę. Na razie jest jak jest. Mogło być gorzej!
Drugą rzeczą, która już mnie troszkę irytuje, jest ilość materiału przy wypustkach kieszeni. Wydawało mi się, że dbałam o eliminacje zbędnych warstw, ale okazało się, że w rogach zrobiły się małe bulki. To jest problem z rzędu głupi nie zauważy, a mądry będzie myślał, że tak miało być, ale ja wiem jak jest i spędza mi to sen z powiek. 
Aha, i zapomniałabym - rękaw jest do poprawy. Chodzi mi o ten fragment u góry, gdzie powstały mini fałdki. 
Ta ciemna plama z prawej strony to wierzchnia warstwa kołnierza, w kolorze ciemnej zieleni (czego nie widać na zdjęciu). Wyłogi będą w kolorze wypustek kieszeni i tej rzeczy u wylotu rękawa, której nie potrafię nazwać (wiem, wstyd!).

LATO, CIEPLEJSZY WIEJE WIATR


Pierwsza bezimienna sukienka ma powstać na podstawie wykroju z lat 60tych. Mowa o Vouge 5497. Stosunkowo prosty krój, niespecjalnie dopasowany w talii, łódkowy dekolt. Sukienkę skroiłam z pięknego żakardu, który dostałam od Rvdzik. Motyw kwiatowy, troszkę wypłowiałe kolory, lato jak nic. Wszystko pięknie, tylko okazuje się, że ten żakard wcale nie chce mnie słuchać.
Problem pojawił się, kiedy zszyłam zaszewki...

Żakard jest na tyle lejący, że przy zaszewkach wyprawia co che i układa się co najmniej dziwnie. Rzeczone zaszewki zamierzam spruć, a górę przodu podkleić i uspokoić lekką flizeliną. Mam nadzieję, że to pomoże rozwiązać problem. Jeśli nie, sięgnę po tkaninę do zadań specjalnych i podszyję ten element jedwabną organzą. 
Nie chciałabym rezygnować z tej tkaniny. Spójrzcie jak pasuje to tego kroju! 
(Wszystko oprócz zaszewek na razie spięte szpilkami)

BURZLIWE LATA 40STE


Na koniec sukienka Simplicity 1595, która jak do tej pory nie przyniosła mi żadnych powodów do narzekań, ale też jeszcze nie zaczęłam jej szyć. 
W sumie to zaliczyłam epizod w krojeniem na podwójnie złożonym materiale, kiedy to odkryłam z paniką, że zużyłam ponad połowę tkaniny, a kluczowe (i największe) elementy sukienki wciąż leżą nieskrojone. To był jeden z tych problemów, które musiały odleżeć swoje i do których wróciłam uzbrojona w kilka magicznych zaklęć i jakoś się udało! 
Na razie poświęciłam sporo czasu na podklejenie krytycznych elementów cienką flizeliną i przeniesienie oznaczeń z wykroju na materiał. Ponieważ moje szycie następuje w nieregularnych interwałach czasowych, uznałam, że najskuteczniejszą metodą będzie tradycyjna fastryga. Znacie metodę pętelkowania? (tak serio, to nie wiem, czy  to się tak poprawnie po polsku nazywa...)

Przez linię na wykroju, którą chcę przenieść na materiał przeprowadzam luźno fastrygę pozostawiając pętelki:

Kiedy oddzielam wykrój od tkaniny, mam długie odcinki nitek, które delikatnie odcinam przy samym pergaminie.

Tym sposobem mam zaznaczone osobnym kolorem nitki linie zagięcia materiału i środek przodu. Fastryga jest łatwa do usunięcia, sto razy bardziej precyzyjna niż kreda krawiecka i bardziej trwała niż flamastry 24h.

Kilka słów o tkaninie: jest to (o ile pamiętam) wiskoza. Bardzo lekka, zwiewna i trochę trudna do ujarzmienia. Na tyle, że rozważałam zakup krochmalu w spray'u, ale chyba już zawarłyśmy rozejm. Kupiłam ją w ABAKHAN w Chester, kiedy odwiedzałam mamę parę lat temu. Urzekł mnie ten drobny wzór samolotów i bardzo chciałam z niej uszyć sukienkę na krakowski Piknik Lotniczy! Impreza odbędzie się 24/25 czerwca i chcę wierzyć, że zdążę :)

***
Tyle w pierwszym odcinku zwierzeń Wery z ujarzmiania nowych wykrojów i tkanin! Postaram się, aby kolejne wpisy z tej serii równie mocno mroziły krew w żyłach ;)
Tymczasem pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia!


HAWAJSKA BETTY - sukienka w stylu lat 50tych; wydanie drugie



SIOSTRA BLIŹNIACZKA

Hawajską Betty, ochrzczoną także jako Jungle Betty, uszyłam na podstawie tego samego wykroju co prezentowaną wcześniej na blogu Landrynkową Betty. Urzekł mnie w tym modelu przepiękny, oryginalny krój koszulowej góry, szeroka spódnica sięgająca do połowy łydki i przede wszystkim wygoda w noszeniu.
Sukienkę uszyłam z cienkiego bawełnianego batystu kupionego dawno temu w hurtowni Natan. W zasadzie wybór było oczywisty z prostego powodu: był to jedyny kupon o potrzebnej długości w moich zapasach. Bardzo lubię takie przypadki, bo wydaję mi się, że wzór do tego kroju pasuje idealnie i już nie mogę doczekać się upalnego lata i spacerów po ogrodzie botanicznym.
Musicie mi chwilowo wybaczyć zdjęcia na źle ustawionym manekinie (z przodu biust ciągnie fragment spódnicy do góry, z boku pas zapada się w dziurę w łączeniu manekina krawieckiego). Obiecuję zdjęcia na człowieku, kiedy tylko pogoda będzie łaskawa.




SZYCIOWE KOMPROMISY

Znacie moje oddanie tradycyjnym technikom haute couture, jednak nie dajmy się zwariować. Gdybym miała cały czas na tym świecie dla realizacji wszystkich szyciowych pomysłów, mogłabym sobie pozwolić na zaspokajanie perfekcjonistycznych zapędów. W życiu jednak czasem trzeba iść na kompromisy i skorzystać ze zdobyczy techniki.
Batyst, ze względu na jego lekkość i przezroczystość, postanowiłam "zamontować" na dodatkowej warstwie tkaniny. Dla koszulowej góry użyłam w tym celu bardzo miłej i miękkiej surówki bawełniano-jedwabnej, plecionej trochę jak gaza, ale bardziej zwartej. Spódnicę podszyłam drugą warstwą bawełnianego batystu w kolorze kości słoniowej, zdecydowanie bardziej strukturalnego i nadającego kształt, niż lekka surówka. Dzięki temu zabiegowi góra sukienki zachowała lekkość i przewiewność, a spódnica zyskała trochę ciężaru i kształtu. Dodatkowo, aby nadać spódnicy odrobinę objętości, wykończyłam dolny brzeg grubą, buraczkową tasiemką. 
No dobrze, ale gdzie te zdobycze techniki? Przedzierają się w niewidocznych szczegółach. Listwę zapięcia na guziki (krojoną razem z odszyciem przodu) podkleiłam cienką flizeliną termozgrzewalną. Wszyłam też zwykły kryty zamek, co przy tradycjonalizmie Marchewkowej, czy Rvudzik, wydaje mi się niewybaczalnym grzechem.
W całości postanowiłam zrezygnować z podszewki, na rzecz wykończenia zapasów szwów kremową taśmą ze skosu. Tutaj akurat może to nie tyle zwrot ku nowoczesności, co bezczelna oszczędność czasu. Nie wiem czy wiecie, że dawniej wcale nie podszywało się wszystkich sukni podszewkami. Dlaczego? Ponieważ dawniej bielizna zakrywała bardzo dużą część ciała i tym samym z jednej strony chroniła tkaninę przed zabrudzeniem (na przykład potem), a drugiej strony nadawała kształt całej sylwetce i nie odznaczała przez wierzchnią warstwę stroju. Taki wynalazek!


Udało mi się też wydziergać całkiem zgrabne dziurki na guziki na nowej maszynie! Co prawda dopiero przy drugim podejściu, ale nauczyłam się, że maszyna jest mądrzejsza ode mnie i nie należy jej udowadniać, że jest inaczej, bo to się zemści.

Jako wisienki na torcie postanowiłam użyć jednej z metek z Flying Tiger, którą możecie pamiętać z wpisu o patchworkowej poszewce. Zastanawiam się czy drugiej taśmy nie ciąć w napis "I almost died making this", który idealnie zwieńczałby każde moje dzieło.

PRZEDE WSZYSTKIM WZÓR


W tym miejscu muszę znów przytoczyć jeden z poprzednich wpisów, mianowicie ten dotyczący sukcesów i porażek przy szyciu bardzo pracochłonnej sukienki - Simplicity 3300. W trakcie szycia spódnicy, ku mojemu zdziwieniu i rozpaczy, okazało się, że krata żyje własnym życiem i w ogóle się porozjeżdżała... Pomimo wszystko postanowiłam projekt skończyć i wrzuciłam zdjęcia na stronę Burdy. Oto mój ulubiony komentarz:

Szkoda że jest anonimowy, bo jest to najcenniejszy komentarz jaki dostałam na temat swojego szycia i chciałabym za niego autorowi/autorce bardzo podziękować. Od tego czasu zaczęłam myśleć o wzorze i porządnie planować jego rozłożenie na gotowej kreacji. Może tego nie widać tak przy Landrynkowej Betty, gdzie starałam się rozłożyć bukiety tak, aby ich "ciężar" nie przytłaczał żadnej ze stron, a kwiatowy motyw nie był brutalnie poszatkowany. W ten sam sposób myślałam przy krojeniu wersji hawajskiej. 
Zwróćcie proszę jednak uwagę na jeden element, na którego punkcie miałam absolutną obsesję: listwę zapięcia. Jest to element krojony osobno względem przodów (widać to w wersji landrynkowej, gdzie ten element jest wykrojony z białej tkaniny). Oczywiście szyjąc wersję hawajską mogłam zmodyfikować wykrój łącząc listwę z przodami i nie byłoby problemu, ale postanowiłam to masochistycznie potraktować jako próbę charakteru i chyba trochę jako pokutę. 
Kolejnym wyzwaniem było nałożenie wzoru przy zapięciu koszuli, tak aby stanowił ciągłość. Potem już tylko wystarczyło dopasować rozmieszczenie dziurek do guzików, aby wszystko się nie rozjechało i oto jestem - bogatsza w to wyczerpujące doświadczenie, letnią sukienkę i uboższa o garść włosów, które wypadły w trakcie. 


***



Na koniec zostawiłam sobie coś, za co nie do końca wiem jak się zabrać, ponieważ nigdy wcześniej mnie nie spotkało. Otóż okazało się dzisiaj, że wygrałam w konkursie. I to nie byle jakim, bo na Szyciowy Blog Roku 2016 w kategorii Odkrycie. Do tej pory nigdy nie miałam nawet trójki w totka i tylko raz wygrałam bardzo brzydką broszkę z misiem w loterii fantowej. Jednym słowem - nie poszalałam.
Wyróżnienie jest szalenie miłe i chciałabym podziękować wszystkim, którzy za mnie trzymali i wciąż trzymają kciuki, oraz wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego wyróżnienia. Wiecie kim jesteście! Ściskam Was bardzo mocno i padam w pokłony dziękczynne (ale takie bez przesady). ;)

Cały czas mnie telepie kiedy to piszę. Jestem bardzo szczęśliwa, choć już czuje przerażenie potencjalnie zawiedzionymi oczekiwaniami co do przyszłych treści. Plan z grubsza jest, jak zawsze. Oby realizacja Was nie zawiodła.
Pewnie myślicie, ze może udaję skromność i w ogóle, ale nawet teraz robiąc zrzut z ekranu sprawdzam, czy aby na pewno tam jest adres mojego bloga... :)
Dziwne, naprawdę dziwne, ale równocześnie tak przyjemnie łechcące. 
Spokojnej nocy i do zobaczenia niedługo! Nadchodzi notka bardzo techniczno-matematyczna, ale więcej na razie nie powiem!


W starej szafie znalezione - podróż w czasie



Bardzo chciałabym Wam zaprezentować nowe dzieło własnych rąk, jednak z przykrością i wstydem przyznać muszę, że takowego nie ma. Sukienka spogląda na mnie z wyrzutem, płaszcz macha jedynym wszytym rękawem, a ja wciąż zasłaniam się kolejnymi wymówkami. To wszystko są bardzo dobre wymówki, a nazywają się życie i obowiązki... Wpadłam w głęboką króliczą norkę na początku tego roku i wciąż próbuję się z niej wydostać. Na razie tylko biegam w tym całym szaleństwie krzycząc "O rety, o rety, na pewno się spóźnię" i "NIE MA CZASU!!!". 

Ponieważ, jak wspomniałam, nie mogę zaprezentować nic własnego autorstwa, chciałabym Was w zamian zaczarować i przenieść w czasie do starego zakładu krawieckiego. Być może część z Was już podziela moją nostalgię do dawnych czasów, kiedy krawiectwo było równocześnie rzemiosłem, ale i sztuką, a ubrania miały duszę. Posiadanie takich artefaktów minionej epoki bardzo mnie inspiruje i sprawia, że chcę szyciu poświęcić cały należyty mu czas. 

Większość z przedmiotów, które widzicie na zdjęciach wciąż nadaje się do użytku. Te piękne , ogromne, krawieckie nożyce zamierzam oddać do ostrzenia i myślę, że będą moją ulubioną parą.

Drewniane szpule z nićmi - nigdy wcześniej na takie nie trafiłam. Niesamowite, że na większości wciąż widnieją oryginalne naklejki z miejscem produkcji i ceną. Zdumiewająca jest też ich jakość! Spodziewałam się, że będą się rwać, tak jak te bawełniane, produkowane w Polsce w późnym PRLu. Te natomiast, prędzej przetną moją skórę przy naprężaniu, niż pękną.
Zastanawiam się nad ich współczesnym zastosowaniem. Nici są bardzo wytrzymałe, ale przy tym cienkie. Może nadały by się nawet do wykańczania lekkich sukienek? 
Dużym zaskoczeniem i tajemnicą jest źródło pochodzenia maleńkiej paczuszki z drobniutkimi igłami w rozmiarze 9 marki Richard Hemming & Son. 
O ile igły R. Hemming & Son same w sobie zaspokajają moje estetyczno-snobistyczne ciągoty w kierunku akcesoriów krawieckich typu Merchant & Mills, o tyle ze zwykłymi igłami i agrafkami musiałam improwizować. Dla agrafek znalazłam portfelik na monety z grubej skóry, dla igieł szklaną fiolkę po pigułkach, podobnie jak tutaj. Dla haftek poszukuję jeszcze małego, metalowego puzderka.
Są i nici z niechlubnych czasów. Ich jakość zależy od tego, czy fabryka miała lepszy, czy gorszy dzień... Pomimo młodszego wieku, są dużo mniej wytrzymałe, niż ich koleżanki na drewnianych szpulach. Wszystko w przyrodzie ma jednak swoje miejsce, tak więc i słabe nici znajdą swoje przeznaczenie przy wszelkiego rodzaju fastrygach.


MAGAZYNY I KSIĄŻKI

Nowym odkryciem są dla mnie "zeszyty" spod znaku WYKROJE I WZORY wydawane jako dodatek do magazynu KOBIETA I ŻYCIE. Zeszyty te zawierają wykroje odzieży zarówno dla dzieci, jak i dla Pań, rozrysowane na małym arkuszu (trochę podobnie jak w starych Burdach). Muszę Was jednak prosić o odrobinę cierpliwości, ponieważ jeszcze nie znalazłam czasu, żeby zainteresować się jak na tak małej powierzchni można zmieścić na przykład wykrój na damski płaszcz! Jeśli mi się to uda, chętnie poświecę wyjaśnieniom osobną notkę, może nawet coś uszyję.

Widoczne powyżej pozycje książkowe - Chronię, reperuję i przerabiam odzież Ireny Mariańskiej z 1984 roku i Szycie i konserwacja odzieży Stanisława Krysińskiego z 1974 roku - niestety troszkę się przedawniły. Zarówno metody odplamiania odzieży, jak i konstrukcja odzieży zmieniły się z czasem. Obie książki są zabawnym uzupełnieniem krawieckiej biblioteki, możemy na ich podstawie stworzyć wykrój roboczej bluzy, lub dowiedzieć się jak wykroić ze starych spodni taty kombinezon dla dziecka. 
***
Podróż dobiega końca. Mam nadzieję, że Wam się podobała. Przy następnej okazji postaram się zaprezentować serię tkanin z lat 70tych i 80tych. Nie chciałam ich wplątywać w to miejsce, ponieważ pochodzą z zupełnie inaczej psychodelicznej bajki, w której jest znacznie więcej życia i koloru. Ale to jeszcze nie czas. Zaczekajmy na wiosnę. To już niedługo.

Co w 2017 roku?


Ponieważ początek roku niespodziewanie zamienił się w niekończący się koszmar, a nie chcę specjalnie użalać się nad sobą, spróbuję skupić się na radosnych planach na przyszłe miesiące. 
Z niecierpliwością czekam, aż będę miała chwilę dla siebie na szycie. Na razie jest nieźle i napisanie tej notki zajęło mi prawie miesiąc! :)
DO SKOŃCZENIA
PŁASZCZ ANNA - z poprzedniego wpisu. Płaszcz ma "już" kołnierz i jeden rękaw i skończę go akurat na nadejście wiosny. Teraz to już sprawa dumy oraz honoru i choć straciłam większość zapału, wypada go skończyć.

HAWAJSKA BETTY - czyli wersja Landrynkowej Betty w "dżunglowy" wzór. Zasadniczo jest  ona prawie gotowa, potrzebuję chwili czasu, żeby zabezpieczyć zapasy szwów i wszyć zamek, oraz podłożyć spódnicę. Jeszcze nie wiem czy będę wszywać podszewkę w koszulę. Chciałabym, żeby hawajska była naprawdę letnio-zwiewna i gotowa na czas.

WAŻNY TAJEMNICZY PROJEKT - zbliża się początek lutego i urodziny mojej przyjaciółki, więc startuję z nowym, poważnym wyzwaniem. W sumie wszystkie podpowiedzi są widoczne na zdjęciu poniżej. Szyjące koleżanki i koledzy nie będą mieć chyba większego problemu z rozpoznaniem co to może być (zwłaszcza jeśli posiadacie Quilt na Weekend nr 1/2016).
Jak widzicie na poniższym zdjęciu, na razie elementy układanki są różnej urody kulfonami, powstającymi w trakcie gorączkowych ćwiczeń przed nadejściem przesyłki z zamówionymi tkaninami. Wzór, co prawda, nazywa się drunkard's path, jednak nie chciałabym, aby gotowy prezent wyglądał jakby był tworzony po pijaku... Na razie na sześć prób, szósta wyszła prawie dobrze!


NADCHODZI NOWE

PO PIERWSZE MASZYNA - w zasadzie już nadeszła przed świętami, jako mój własny prezent urodzinowy. Ode mnie dla mnie. Z powodów różnych (z których każdy jeden był bardzo pilny i nie znosił zwłoki) nie miałam jeszcze czasu się z nią zaprzyjaźnić. Stawiamy więc pierwsze kroki ze wspomnianym wcześniej drunkard's path i poznajemy swoje możliwości... 
Dlaczego Janome 5060DC? Nie potrafię do końca świadomie na to pytanie odpowiedzieć...  Janome była dla mnie od dłuższego czasu takim snobistycznym fetyszem. Chciałam wygodną maszynę komputerową, trochę kombajn do szycia grubej wełny, ale i cienkiego jedwabiu i sporadycznie czegoś patchworkowego. Po konsultacji z bardzo miłą obsługą internetowego szyj.pl, padło właśnie na ten model. Na razie zbyt wcześnie, abym mogła ustosunkować się do tej decyzji. Jedyne co mogę powiedzieć, to że w porównaniu do Silvercresta, mam trochę mało miejsca pod stopką (nie mylić ze stopą...), ale może to kwestia przyzwyczajenia. 


PO DRUGIE KSIĄŻKA - Vintage Coture Tailoring Thomasa von Nordheima, którą poleciła mi jedyna i niezastąpiona Rvudzik. Ta lektura w bardzo przyjemny sposób satysfakcjonuje mój głód wiedzy w dziedzinie klasycznego szycia damskiej odzieży wierzchniej. Wspominałam Wam ostatnio o serii kursów Essential guide to tailoring Alison Smith na craftsy. Kursy Alison pomagają w krótkim czasie zmierzyć się z tradycyjnymi technikami nadawania odzieży kształtu, trwałości i eleganckiego wykończenia, jednak pozostają na tyle uniwersalne, aby mógł z nich czerpać każdy, kto ma pojęcie o szyciu i konstrukcji w ogóle. 
Natomiast Vintage Coture Tailoring jest na te długie wieczory, kiedy człowiek chce oderwać się od spraw przyziemnych i zgłębiać tajniki prawdziwego rzemiosła. Wspomniana książka Thomasa von Nordheima jest kompletnym kursem szycia żakietu, wyłożonym bez pośpiechu, bo pośpiech przy szyciu nigdy nie jest wskazany.


Od profesjonalnego krawca dostajemy dużo cennych podpowiedzi i wskazówek wypracowanych wieloletnim doświadczeniem. Dużym zaskoczeniem było dla mnie brutalne potraktowanie skrojonej tkaniny żelazkiem parowym i tym sposobem, już na tak wczesnym etapie, nadanie jej przestrzennej formy! 

Szczególnie bliski mojemu sercu jest rozdział o wkładach odzieżowych. Satysfakcjonująca i nie do przecenienia jest w nim ilość informacji raczej trudno dostępna w innych źródłach. Mamy tutaj na przykład fantastyczny przegląd różnego rodzaju wkładów i sztywników, opisanych pod kątem składu, skrętu włókien i często zachowania przy praniu, prasowaniu, krojeniu, szyciu, czy użytkowaniu gotowej odzieży. Rozczarowujące jest natomiast zestawienie różnorodności opisywanych tkanin, ze stanem magazynowym lokalnej, komercyjnej hurtowni tkanin w Polsce. Jeśli chcemy naprawdę zagłębić się w temat tradycyjnego krawiectwa, trzeba liczyć się z koniecznością zamawiania odpowiednich materiałów online, np. z Wielkiej Brytanii.
Lektura pełna jest subtelności, oraz niuansów krawieckich i zainteresowanego tematem czytelnika potrafi trzymać w napięciu niczym dobra beletrystyka! :) Przyznaję, że miałam kila momentów, w których przewidywałam, że wątek potoczy się inaczej niż bym zakładała, ale żal było przewijać stronę, żeby nic ważnego nie uciekło pomiędzy. Oczywiście nie oszukujmy się, nie będziemy zawodowymi krawcowymi po jednym przeczytaniu Vintage Coture Tailoring! Jest to dobra lektura zawodowa na lata i tylko własne doświadczenie może z nas zrobić wartościowego rzemieślnika.

PO TRZECIE KSIĄŻKA - Famous Frocks - The Little Black Dress Dolin Bliss O'Shea, którą otrzymałam w prezencie od tej samej niesamowitej Rvudzik, która poleciła mi poprzednią pozycję (chylę czoła w podzięce po raz kolejny!) :)
Jest to pięknie wydana książka z wykrojami do 20 kultowych już stylizacji. Znajdziemy tu przegląd "małej czarnej" między innymi w wersji a la Coco Chanel, Audrey Hepburn, Grace Kelly, czy Lady Di, wraz z mniej ortodoksyjnymi wariacjami tychże kreacji.
Wykroje,w formacie podobnym do Burdy, ale zdecydowanie bardziej czytelnym, znajdziemy w eleganckiej czerwonej kopercie, po otwarciu okładki.


Kilka modeli budzi szczególną tęsknotę, ale mnie osobiście najbardziej podoba się sukienka w stylu Audrey Hepburn, ta z rozłożystą spódnicą (The Sabrina Dress). Klasyczny szyk z dziewczęcym urokiem w jednym!
KOPERTY - moja obsesja, lub jak kto woli guilty pleasure. Noworoczne postanowienia i kursy walut zmuszają mnie do ograniczenia tego zakupowego szaleństwa. Nie mogłam się jednak oprzeć bajkowej sukni McCall (na zdjęciu poniżej po prawej stronie) niczym z Kopciuszka, którą już przechrzciłam na Grace (od Grace Kelly). Podobno każda dziewczynka chciała być kiedyś księżniczką. Ja odkryłam w sobie taki potencjał dopiero po 30stce! 
Pozostałe dwie koperty skusiły mnie, jakżeby inaczej, przeceną. Sukienka Vogue w stylu lat 60tych obiecuje, że jest łatwa do uszycia. Zobaczymy jaki będzie wynik zderzenia z moją chroniczną skłonnością do komplikowania rzeczy prostych. Koszula natomiast jest koszulą z lat 50tych i w sumie na tym kończy się na razie jej historia, bo po prostu chciałam mieć taki wykrój. 
Uzależnienie od kopert z wykrojami, jak każda choroba, rzecz straszna!

Trzymajcie się ciepło i zdrowo w Nowym Roku! Mam nadzieję, że jeśli macie jakieś oczekiwania w stosunku do przyszłej zawartości tej strony, zostaną one zaspokojone w zadowalającym stopniu! :)

LANDRYNKOWA BETTY - sukienka w stylu lat 50tych


Plan był taki, że w trakcie poprzedniego weekendu miałam skończyć dwie sukienki według tego samego wykroju - Landrynkową i Hawajską Betty. Jak to jednak bywa w życiu, plany spaliły na panewce. Tym razem nie muszę zwalać na lenistwo, bo szyłam uczciwie cały weekend. W niedzielę spędziłam z igłą ponad 14 godzin, w konsekwencji czego w poniedziałek poruszałam się z gracją Terminatora...
Klątwa ambicji i pokłosie kursów porządnego, sumiennego szycia, plus wrodzony upór. Landrynkową Betty skończyłam w zasadzie dopiero w piątek, w samochodzie, w drodze na wesele.

 BETTY
Wykrój to oryginalna koperta z lat 50-tych. Niestety nie ma na niej żadnej informacji o producencie, tylko sam numer wykroju. Postanowiłam więc nadać jej imię, a Betty wydało mi się najbardziej odpowiednie. Imię nadane trochę na cześć Betty Draper z serialu Mad Men :)

TŁOCZONA BAWEŁNA

Tkaninę kupowałam w lekkiej panice przez internet... Jako pierwsza w mojej głowie zrodziła się wizja Hawajskiej Betty (która czeka cierpliwie na spódnicę), ale sukienka przeznaczona miała być na wesele... Nonkonformizm nonkonformizmem, jak wszystko powinien mieć swoje granice. Nie wiem w czym się teraz bywa na weselach, ale uznałam, że dominacja pudrowego różu z grzecznym białym kołnierzykiem będzie kompromisem między względną elegancją, a lekkim odklejeniem od rzeczywistości.
Bawełna jest tłoczona, dosyć mięsista, ale też jakby luźniej tkana. Lekko się naddaje, więc postanowiłam wszystkie szwy wzmocnić taśmą stabilizującą. Zużyłam praktycznie w całości 2,5 metra, ale tył kroiłam dwa razy, bo nie byłam zadowolona z rozkłaku wzoru. 
Materiał się nie gniecie i zastanawiam się nawet czy nie dokupić kuponu na wzorzyste spodnie.

Na kołnierzyk i listwy z podkrojami przodów dobrałam bielutką bawełnę w mieszance z lnem. Kupilam pół metra, z którego został mi jeszcze spory skrawek.

Ogólna rada dla szmatocholiczek zainteresowanych szyciem w stylu retro - kupować mało tkanin, ale w dużych ilościach. Ja przez lata zgromadziłam zawstydzajace ilosci pięknych tkanin po 1,5m długości i jak przychodzi do szycia sukienek typu Betty muszę i tak kupować coś nowego...

PODSUMOWANIE

Krój sukienki nie jest szczególnie wymagajacy dla średnio zaawansowanej krawcowej. Wciaż nie potrafię sobie wytłumaczyć co w tej sukience zajęło mi tyle czasu? Na pewno nie pomógł fakt, że postanowiłam jednak wszyć w koszulową górę podszewkę. Resztek jedwabiu z poprzednuej sukienki zostalo mi prawie co do centymetra. Wykrój na podszewkę rysowałam sama i chyba źle złożyłam listwę zapięcia, bo nagle okazało się, że brakuje mi sporego kawałka podszewki... 
Na szczęście udało mi się dosztukować brakujace pasy i zamiast pionowej zaszewki w podszewce jest "princess seam". Spędziłam dwie godziy pracy na samo ratowanie sytuacji, ale koniec końców sukces.

Bardzo dużym wyzwaniem, którego obawiałam się od początku pracy, okazały się dziurki na guziki. Zrobiłam próby - ten sam materiał, tak samo podklejony flizeliną, efekt zadowalajacy. Sukienka? Oczywiście dziurki szyłam, a potem prułam 3 razy, aż wpadłam na pomysł, żeby podłożyć pod nie taśmę stabilizującą, co pomogło opanować plączącą się dolną nitkę.
Jako dopełnienie całości posłużyły landynkowe guziczki wygrzebane z domowych zapasów przechowywanych od lat oczywiście w puszce po ciastkach.

Tym razem jestem zadowolona z efektu końcowego, ale równocześnie wciąż trochę straumatyzowana przydługim procesem szycia. Betty sprawdziła się na baletach, a kilka dni wypoczynku z dala od domu pomogło wyleczyć sztywność karku pozostałą po godzinach ręcznego wykańczania. Udało się nawet przyweźć trochę zdjęć sukienki na pacjencie. Niestety okazało się, że wzięłam manualny obiektyw z przejściówką, która nie ostrzy na nieskończoność, stąd ciasne kadry i brak nóg. Zdjęcia na wycieczce dzielnie robił mój tato.


MORRIS

Na wyprawę pojechał z nami Morris. Morris w listopadzie będzie miał 14 lat. Jest psim turystą i kocha wodę, ale jeszcze nigdy nie był nad morzem. Atakująca falą woda nie wywarła na nim pozytywnego wrażenia, ale przy drugim spotkaniu przekonał się do spacerów brzegiem. Okazało się, że wbrew naszym przewidywaniom, Morris został większym fanem kąpieli w piasku! Do tego jest wrodzonym elegantem i najlepiej z nas trojga wygląda w Łukaszowym białym kapeluszu :)