Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wykrój kopertowy. Pokaż wszystkie posty

DOMOWE HAUTE COUTURE - wprawki z bluzką Advance 9555



DO SKUTKU

Tej bluzce poświęciłam chyba najwięcej czasu i pracy. Czy jest idealna? Oczywiście, że nie! Czy było warto? Zdecydowanie tak! Pomimo prostego kroju bardzo dużo się przy niej nauczyłam.

Chyba najwięcej czasu zajęło mi pilnowanie kratki. Mam teraz obsesję na punkcie dopasowywania wzorów na tkaninie. Kratka na wełnie z której szyłam jest bardzo drobna, dodatkowo tkanina jest dosyć lejąca, dlatego jej ujarzmienie nie było najprostszym zadaniem. Żeby szyło się łatwiej, oraz żeby bluzka nabrała bardziej stabilnej formy, postanowiłam podszyć ją miłą w dotyku, liliową bawełną. Każdy element wykroju skroiłam z wełny z grubym zapasem, następnie umieściłam na rozprasowanej bawełnie i dopiero po ręcznym przyfastrygowaniu ponownie wycięłam. Takie "kanapki" traktowałam dalej jak jeden materiał.
Bluzka początkowo miała mieć podszewkę, ale zrezygnowałam z niej w trakcie szycia i postanowiłam zastąpić wykończeniem z ręcznie wszystej wstążki.
Przód i tył skroiłam zgodnie z kierunkiem materiału, natomiast patki i rękawy po przekątnej. W patki wszyta jest dodatkowa warstwa jedwabnej organzy (skrojonej w poprzek, nie po skosie), która sprawia, że nie rozciągną się one w trakcie użytkowania i czyszczenia. Podszycie (interlining) rękawów, tak jak wierzchnia warstwa, jest skrojone po skosie, aby obie warstwy równo pracowały przy noszeniu. W brzegi dekoltu, zapięcia, rękawków i patek wszyta jest kremowa wypustka. 
Wybór guzików zawsze jest dla mnie problematyczny. Tak było i w tym przypadku. Niestety w moich odziedziczonych zbiorach nie znalazłam nic stosownego, więc musiałam zadowolić się tym, co znalazłam w pasmanterii. Kiedy patrzę na zdjęcia, to kwestionuję swój wybór, ale wydaje mi się, że na żywo dużo zyskują. Być może to kwestia balansu bieli w moim aparacie.

LEWA STRONA MA ZNACZENIE

W szyciu liczy się każdy detal. Wychodzę z założenia, że skoro poświęcam swój czas na szycie, to po to, aby stworzone przeze mnie rzeczy były naprawdę dopracowane i wyjątkowe. Długo szyłam w pośpiechu, a potem bardzo wstydziłam się tego co dzieje się w środku i dziwiłam, że ubrania po drugim praniu rozchodzą się w szwach.
Bardzo długo uważałam też, że kwestia eleganckiego, ręcznego wykończenia leży głównie we wrodzonym talencie. Nic bardziej mylnego! Krawiectwo to rzemiosło, wszystkiego można się nauczyć, a nasze zdolności zależą głównie od praktyki. Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy przyzwyczaja się nas do natychmiastowych efektów, jednak wszelkiego rodzaju szeroko rozumiane rękodzieło jest wrogiem pośpiechu.
Teraz, ku swojemu zdziwieniu, bardzo lubię i celebruję czas spędzony z igłą i nitką. Moje szwy stały się proste i estetyczne, a na palcu pojawił się permanentny odcisk, dzięki któremu nie robi mi się dziura w palcu. Nie bardzo potrafię to wyjaśnić, ale może macie tak samo?


Całe odszycie dekoltu i tylnego zapięcia wszyłam ręcznie. Podobnie tasiemki. Najwięcej kłopotu sprawiły rękawy, które wdawałam parokrotnie, a potem musiałam zmienić sposób obszycia ich zapasów, bo mój pierwotny pomysł nie wypalił. Ostatecznie zdecydowałam się obłożyć je cienką tasiemką ze sztucznego jedwabiu (taką jak to scrapbookingu). Serdecznie polecam poszukać jej właśnie do wykończeń szwów - jest o niebo lepsza od poliestrowych, czy bawełnianych, które są dosyć sztywne i brzydko odznaczają się przy delikatnych tkaninach (co zresztą możecie zobaczyć przy dolnym szwie na mojej bluzce).
Przez chwilę chciałam nawet ręcznie wyszyć dziurki, ale próby, które zrobiłam na ścinkach rozwiały moje nadzieje. Przy tym rodzaju materiału i moich umiejętnościach okazało się to nierozsądne. Te maszynowe muszą wystarczyć.
Bluzkę nosi się bardzo dobrze. Podoba mi się w zestawieniu ze spodniami z Burdy, które prezentowała w jednym z pierwszych wpisów na blogu (ile to już czasu minęło).  Łukasz twierdzi, że wyglądam jak w uniformie ze Star Trecka, albo innego serialu science fiction i chyba ma trochę racji... Postaram się zrobić zdjęcie i wrzucić na Instagram, tymczasem musicie nacieszyć się zdjęciami na manekinie. 

CO W NAJBLIŻSZYM CZASIE?

Na pewno będzie kolejny quilt, którego top jest już prawie skończony! Dosyć podekscytowałam się też ostatnim numerem magazynu "Szycie". Uszyłam już model próbny ołówkowej spódnicy i właśnie skroiłam testową wersję okładkowych spodni. Kończę też wełnianą spódnicę z połowy koła i skopiowałam na pergamin prosty płaszcz z lat 60tych... Co z tego wszystkiego wyjdzie? Jak zawsze trudno powiedzieć :) Pożyjemy zobaczymy!

Pozdrawiam i do zobaczenia niedługo!

SIMPLICITY 1595 - Kobieta z przeszłością, sukienka po przejściach


Uszyłam sukienkę. Nic wielkiego, mogłoby się wydawać, jednak więcej znaków na niebie i ziemi mówiło, że to się nie może zakończyć sukcesem.

Zaczęło się niewinnie... Krojenie na podwójnie złożonym materiale, wszystko zgodnie z planem, aż tu nagle okazuje się, że jest go fizycznie mniej niż w mojej głowie... Oczywiście wszystkie pierdoły już skrojone, a ja zostaję z dwoma przodami (krojonymi razem z odszyciem) i tyłem spódnicy... Tkaninę kupiłam parę lat temu podczas wizyty w Północnej Walii, więc o dokupieniu nie było oczywiście mowy... Udało mi się skroić wszystko dzięki użyciu tajnych szamańskich zaklęć, a tajemnica poliszynela mówi, że przody są skrojone w różnych kierunkach, ale szczęśliwie chaotyczny wzór idealnie maskuję ten fakt. Jakimś kosmicznym cudem te różnie skrojone przody nie powyciągały się w przeciwne strony przy praniu, a prałam tę sukienkę kilka razy zanim w ogóle ją na siebie założyłam, ale o tym za chwilę.


Samo szycie sukienki było dosyć przyjemnym doświadczeniem, choć nie należało do najłatwiejszych przepraw... Dzisiejszy wpis uzupełnię zdjęciami i szerszym opisem konstrukcji i spraw technicznych od lewej strony, troszkę detali pojawiło się też już w dzienniczku postępów. Teraz ograniczę się do ogólnych wrażeń z procesu twórczego.

Zabawne jak proste wydają się konstrukcje sukienek z lat 40stych i 50tych. Nawet obrazkowy opis szycia krok po kroku dołączony do kopertowych wykrojów nie oddaje ogromu pracy, jaki czeka niczego niespodziewającą się domorosłą krawcową. Te rękawki krojone razem z karczkami, marszczenia przodów i pleców, dziwne kąty w dziwnych miejscach są nieśmiałym zwiastunem potu na czole i odcisków od igły na palcach... 

Jakby tego było mało, są jeszcze na tym świecie różnego rodzaju tak zwane zdarzenia losowe. Takim zdarzeniem, które zdarzyło się właśnie mnie w trakcie szycia, był incydent z jajkiem, a konkretnie rzecz ujmując z jego białkiem... Otóż moja wcale nie lepsza druga połowa postanowiła nakarmić psy surowym jajkiem w miejscu mojej pracy twórczej. Przemilczę fakt, że na to miejsce zazwyczaj wybieram kuchnię (duży stół, dobre światło)... Wina została bezsprzecznie ustalona w trybie natychmiastowym, ale cóż tam z ogłoszenia prawomocnego wyroku, skoro zbrodnia się dokonała. Spódnica została poplamiona. Na domiar złego początkowo zupełnie nie zdawałam sobie sprawy ze szkodliwości popełnionego czynu... Białko.. Spierze się... No chyba, że jednak nie!

Jeśli nigdy nie mieliście doczynienia z usuwaniem białka (zwłaszcza zakrzepniętego) z odzieży, to jesteście szczęściarzami. Szybki risercz na googlu wydał jednoznaczny wyrok - albo amoniak, albo kosz na śmieci. Decyzja była więc prosta - udałam się do supermarketu budowlanego i nabyłam roztwór amoniaku 20%. Tutaj muszę zaznaczyć, że jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy amoniak rzeczywiście aż tak bardzo śmierdzi, to potwierdzam. Chciałabym powiedzieć, że wiem to, bo dużo czytam, niestety prawda jest bardziej wstydliwa... Zaliczam się do grona osób, które akurat zawsze zastanawiały się, czy amoniak AŻ TAK śmierdzi... Do tego stopnia, że po odkręceniu buteleczki podstawiłam nos i nieśmiało powąchałam. Tak. Tak było. 
Cóż mogę powiedzieć... Wspomnienie prawdziwego, tartego chrzanu z dzieciństwa, który po spożyciu wykręcał mózg na drugą stronę zostało wyparte przez nowe, dużo bardziej przykre doświadczenie... Woda maniakalna, bo tak ja przechrzciłam, byłaby w stanie wskrzeszać zmarłych... Dziwię się, że nikt jeszcze na to nie wpadł. Być może wszyscy są mądrzejsi niż ja i nikt tego nigdy przede mną nie wąchał bezpośrednio z butelki... Myślicie teraz pewnie o boże jak można być tak głupim, ale ja to widzę inaczej. Dzięki mojej obywatelskiej odwadze możecie mówić, że wiecie jak bardzo śmierdzi amoniak, bo dużo czytacie! 
I ja to tak tutaj zostawię...

Amoniakowa kuracja za trzecim podejściem przyniosła efekty i nadszedł dzień kiedy mogłam wyprowadzić sukienkę przed szerszą publiczność. Nie wiem czy macie jakieś doświadczenia z szyciem, czy też noszenie rzeczy w stylu lat 40/50/60tych, ale mnie największą radość sprawiają komentarze starszych Pań na ulicy. Ja sobie zdaję sprawę, że to może być bardzo dziwne, ale dosyć często kiedy noszę własnoręcznie uszyte kreacje, gdzieś jakaś starsza Pani ogląda się za mną i mówi, że świetnie wyglądam, takie kobiece ciuszki, dobrze leżą, a ja się cieszę jak dziecko. Najlepsze komplementy jakie można zebrać, bo nie podszyte żadnym żądaniem, czy podtekstem! Na prawdę polecam.

Aha, dochodzimy do końca wpisu, więc wypadałoby wspomnieć o dzisiejszych zdjęciach... Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że nie zdawałam sobie sprawy, że ta wysokość obcasa wygląda aż tak absurdalnie!!! Teraz, kiedy już to z siebie wydusiłam, chciałam podziękować mojemu Instagram Husband - Łukaszowi. Dzisiaj poszło nam znacznie sprawniej niż ostatnio i jestem szczerze wzruszona, że nie wspomniał mi wcześniej o tym, jak zdążyłam się wygnieść w tej sukience. Co ja bym bez Ciebie zrobiła :)

Jeśli chodzi o te retro nieostrości... Tajemnica tkwi w chyba niesprawnym aparacie cyfrowym i radzieckich obiektywach na M42 (to jest gwint taki jak był w Zenitach). Ogólnie, jeśli pytacie, to powiedziałabym, że to jest zamierzony efekt i pasuje! A jeśli uważacie inaczej, to się po prostu nie znacie na sztuce i tyle ;)


Hawajska Betty w starym kinie


Zgodnie z wcześniejszą obietnicą prezentuję Wam Hawajską Betty na żywym organizmie. Zdjęć jest mało i nie są do końca tym, o czym myślałam, ale mam aktualnie małe problemy ze sprzętem i przejściówką w aparacie (do tego zdjęcia robił dosyć poirytowany sytuacją Łukasz). Mam nadzieję, że kolejne realizacje przebiegną znacznie sprawniej.
O samej sukience pisałam już obszernie w jednym z poprzednich postów, a zdjęcie tytułowe powędrowało na Instagrama. Wreszcie zrobiło się ciepło i mogę potwierdzić - sukienka jest bardzo wygodna i bardzo dobrze sprawdza się w wysokich temperaturach. Dosyć zjawiskowo prezentuje się też na wietrze, choć na szczęście bez efektu Marilyn Monroe.
Dodam jeszcze, że wszystkie dodatki, które widzicie na zdjęciach są zbiorami vintage. Okulary dostałam od mojej przyjaciółki Mary (nosiła je kiedyś jej babcia), buty dostałam od koleżanki z pracy Marysi (prowadzimy w biurze fajną wymianę barterową przedmiotów ładnych, które z jakiegoś powodu nie są nam potrzebne, albo nie pasują), pasek mam po osobistej babci, a drewnianą bransoletkę chyba przejęłam od mamy. Torebkę widoczną na jednym z ostatnich zdjęć kupiłam w second handzie. 
Nie znam się na modzie, ale lubię gromadzić rzeczy ładne i z historią. Cała stylizacja jest przeglądem co najmniej kilku dekad... Wciąż mam wątpliwości co do tych muszych okularów, ale podobno nie są takie złe jak mówię. Nie wiem, oceńcie sami :)






HAWAJSKA BETTY - sukienka w stylu lat 50tych; wydanie drugie



SIOSTRA BLIŹNIACZKA

Hawajską Betty, ochrzczoną także jako Jungle Betty, uszyłam na podstawie tego samego wykroju co prezentowaną wcześniej na blogu Landrynkową Betty. Urzekł mnie w tym modelu przepiękny, oryginalny krój koszulowej góry, szeroka spódnica sięgająca do połowy łydki i przede wszystkim wygoda w noszeniu.
Sukienkę uszyłam z cienkiego bawełnianego batystu kupionego dawno temu w hurtowni Natan. W zasadzie wybór było oczywisty z prostego powodu: był to jedyny kupon o potrzebnej długości w moich zapasach. Bardzo lubię takie przypadki, bo wydaję mi się, że wzór do tego kroju pasuje idealnie i już nie mogę doczekać się upalnego lata i spacerów po ogrodzie botanicznym.
Musicie mi chwilowo wybaczyć zdjęcia na źle ustawionym manekinie (z przodu biust ciągnie fragment spódnicy do góry, z boku pas zapada się w dziurę w łączeniu manekina krawieckiego). Obiecuję zdjęcia na człowieku, kiedy tylko pogoda będzie łaskawa.




SZYCIOWE KOMPROMISY

Znacie moje oddanie tradycyjnym technikom haute couture, jednak nie dajmy się zwariować. Gdybym miała cały czas na tym świecie dla realizacji wszystkich szyciowych pomysłów, mogłabym sobie pozwolić na zaspokajanie perfekcjonistycznych zapędów. W życiu jednak czasem trzeba iść na kompromisy i skorzystać ze zdobyczy techniki.
Batyst, ze względu na jego lekkość i przezroczystość, postanowiłam "zamontować" na dodatkowej warstwie tkaniny. Dla koszulowej góry użyłam w tym celu bardzo miłej i miękkiej surówki bawełniano-jedwabnej, plecionej trochę jak gaza, ale bardziej zwartej. Spódnicę podszyłam drugą warstwą bawełnianego batystu w kolorze kości słoniowej, zdecydowanie bardziej strukturalnego i nadającego kształt, niż lekka surówka. Dzięki temu zabiegowi góra sukienki zachowała lekkość i przewiewność, a spódnica zyskała trochę ciężaru i kształtu. Dodatkowo, aby nadać spódnicy odrobinę objętości, wykończyłam dolny brzeg grubą, buraczkową tasiemką. 
No dobrze, ale gdzie te zdobycze techniki? Przedzierają się w niewidocznych szczegółach. Listwę zapięcia na guziki (krojoną razem z odszyciem przodu) podkleiłam cienką flizeliną termozgrzewalną. Wszyłam też zwykły kryty zamek, co przy tradycjonalizmie Marchewkowej, czy Rvudzik, wydaje mi się niewybaczalnym grzechem.
W całości postanowiłam zrezygnować z podszewki, na rzecz wykończenia zapasów szwów kremową taśmą ze skosu. Tutaj akurat może to nie tyle zwrot ku nowoczesności, co bezczelna oszczędność czasu. Nie wiem czy wiecie, że dawniej wcale nie podszywało się wszystkich sukni podszewkami. Dlaczego? Ponieważ dawniej bielizna zakrywała bardzo dużą część ciała i tym samym z jednej strony chroniła tkaninę przed zabrudzeniem (na przykład potem), a drugiej strony nadawała kształt całej sylwetce i nie odznaczała przez wierzchnią warstwę stroju. Taki wynalazek!


Udało mi się też wydziergać całkiem zgrabne dziurki na guziki na nowej maszynie! Co prawda dopiero przy drugim podejściu, ale nauczyłam się, że maszyna jest mądrzejsza ode mnie i nie należy jej udowadniać, że jest inaczej, bo to się zemści.

Jako wisienki na torcie postanowiłam użyć jednej z metek z Flying Tiger, którą możecie pamiętać z wpisu o patchworkowej poszewce. Zastanawiam się czy drugiej taśmy nie ciąć w napis "I almost died making this", który idealnie zwieńczałby każde moje dzieło.

PRZEDE WSZYSTKIM WZÓR


W tym miejscu muszę znów przytoczyć jeden z poprzednich wpisów, mianowicie ten dotyczący sukcesów i porażek przy szyciu bardzo pracochłonnej sukienki - Simplicity 3300. W trakcie szycia spódnicy, ku mojemu zdziwieniu i rozpaczy, okazało się, że krata żyje własnym życiem i w ogóle się porozjeżdżała... Pomimo wszystko postanowiłam projekt skończyć i wrzuciłam zdjęcia na stronę Burdy. Oto mój ulubiony komentarz:

Szkoda że jest anonimowy, bo jest to najcenniejszy komentarz jaki dostałam na temat swojego szycia i chciałabym za niego autorowi/autorce bardzo podziękować. Od tego czasu zaczęłam myśleć o wzorze i porządnie planować jego rozłożenie na gotowej kreacji. Może tego nie widać tak przy Landrynkowej Betty, gdzie starałam się rozłożyć bukiety tak, aby ich "ciężar" nie przytłaczał żadnej ze stron, a kwiatowy motyw nie był brutalnie poszatkowany. W ten sam sposób myślałam przy krojeniu wersji hawajskiej. 
Zwróćcie proszę jednak uwagę na jeden element, na którego punkcie miałam absolutną obsesję: listwę zapięcia. Jest to element krojony osobno względem przodów (widać to w wersji landrynkowej, gdzie ten element jest wykrojony z białej tkaniny). Oczywiście szyjąc wersję hawajską mogłam zmodyfikować wykrój łącząc listwę z przodami i nie byłoby problemu, ale postanowiłam to masochistycznie potraktować jako próbę charakteru i chyba trochę jako pokutę. 
Kolejnym wyzwaniem było nałożenie wzoru przy zapięciu koszuli, tak aby stanowił ciągłość. Potem już tylko wystarczyło dopasować rozmieszczenie dziurek do guzików, aby wszystko się nie rozjechało i oto jestem - bogatsza w to wyczerpujące doświadczenie, letnią sukienkę i uboższa o garść włosów, które wypadły w trakcie. 


***



Na koniec zostawiłam sobie coś, za co nie do końca wiem jak się zabrać, ponieważ nigdy wcześniej mnie nie spotkało. Otóż okazało się dzisiaj, że wygrałam w konkursie. I to nie byle jakim, bo na Szyciowy Blog Roku 2016 w kategorii Odkrycie. Do tej pory nigdy nie miałam nawet trójki w totka i tylko raz wygrałam bardzo brzydką broszkę z misiem w loterii fantowej. Jednym słowem - nie poszalałam.
Wyróżnienie jest szalenie miłe i chciałabym podziękować wszystkim, którzy za mnie trzymali i wciąż trzymają kciuki, oraz wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego wyróżnienia. Wiecie kim jesteście! Ściskam Was bardzo mocno i padam w pokłony dziękczynne (ale takie bez przesady). ;)

Cały czas mnie telepie kiedy to piszę. Jestem bardzo szczęśliwa, choć już czuje przerażenie potencjalnie zawiedzionymi oczekiwaniami co do przyszłych treści. Plan z grubsza jest, jak zawsze. Oby realizacja Was nie zawiodła.
Pewnie myślicie, ze może udaję skromność i w ogóle, ale nawet teraz robiąc zrzut z ekranu sprawdzam, czy aby na pewno tam jest adres mojego bloga... :)
Dziwne, naprawdę dziwne, ale równocześnie tak przyjemnie łechcące. 
Spokojnej nocy i do zobaczenia niedługo! Nadchodzi notka bardzo techniczno-matematyczna, ale więcej na razie nie powiem!


LANDRYNKOWA BETTY - sukienka w stylu lat 50tych


Plan był taki, że w trakcie poprzedniego weekendu miałam skończyć dwie sukienki według tego samego wykroju - Landrynkową i Hawajską Betty. Jak to jednak bywa w życiu, plany spaliły na panewce. Tym razem nie muszę zwalać na lenistwo, bo szyłam uczciwie cały weekend. W niedzielę spędziłam z igłą ponad 14 godzin, w konsekwencji czego w poniedziałek poruszałam się z gracją Terminatora...
Klątwa ambicji i pokłosie kursów porządnego, sumiennego szycia, plus wrodzony upór. Landrynkową Betty skończyłam w zasadzie dopiero w piątek, w samochodzie, w drodze na wesele.

 BETTY
Wykrój to oryginalna koperta z lat 50-tych. Niestety nie ma na niej żadnej informacji o producencie, tylko sam numer wykroju. Postanowiłam więc nadać jej imię, a Betty wydało mi się najbardziej odpowiednie. Imię nadane trochę na cześć Betty Draper z serialu Mad Men :)

TŁOCZONA BAWEŁNA

Tkaninę kupowałam w lekkiej panice przez internet... Jako pierwsza w mojej głowie zrodziła się wizja Hawajskiej Betty (która czeka cierpliwie na spódnicę), ale sukienka przeznaczona miała być na wesele... Nonkonformizm nonkonformizmem, jak wszystko powinien mieć swoje granice. Nie wiem w czym się teraz bywa na weselach, ale uznałam, że dominacja pudrowego różu z grzecznym białym kołnierzykiem będzie kompromisem między względną elegancją, a lekkim odklejeniem od rzeczywistości.
Bawełna jest tłoczona, dosyć mięsista, ale też jakby luźniej tkana. Lekko się naddaje, więc postanowiłam wszystkie szwy wzmocnić taśmą stabilizującą. Zużyłam praktycznie w całości 2,5 metra, ale tył kroiłam dwa razy, bo nie byłam zadowolona z rozkłaku wzoru. 
Materiał się nie gniecie i zastanawiam się nawet czy nie dokupić kuponu na wzorzyste spodnie.

Na kołnierzyk i listwy z podkrojami przodów dobrałam bielutką bawełnę w mieszance z lnem. Kupilam pół metra, z którego został mi jeszcze spory skrawek.

Ogólna rada dla szmatocholiczek zainteresowanych szyciem w stylu retro - kupować mało tkanin, ale w dużych ilościach. Ja przez lata zgromadziłam zawstydzajace ilosci pięknych tkanin po 1,5m długości i jak przychodzi do szycia sukienek typu Betty muszę i tak kupować coś nowego...

PODSUMOWANIE

Krój sukienki nie jest szczególnie wymagajacy dla średnio zaawansowanej krawcowej. Wciaż nie potrafię sobie wytłumaczyć co w tej sukience zajęło mi tyle czasu? Na pewno nie pomógł fakt, że postanowiłam jednak wszyć w koszulową górę podszewkę. Resztek jedwabiu z poprzednuej sukienki zostalo mi prawie co do centymetra. Wykrój na podszewkę rysowałam sama i chyba źle złożyłam listwę zapięcia, bo nagle okazało się, że brakuje mi sporego kawałka podszewki... 
Na szczęście udało mi się dosztukować brakujace pasy i zamiast pionowej zaszewki w podszewce jest "princess seam". Spędziłam dwie godziy pracy na samo ratowanie sytuacji, ale koniec końców sukces.

Bardzo dużym wyzwaniem, którego obawiałam się od początku pracy, okazały się dziurki na guziki. Zrobiłam próby - ten sam materiał, tak samo podklejony flizeliną, efekt zadowalajacy. Sukienka? Oczywiście dziurki szyłam, a potem prułam 3 razy, aż wpadłam na pomysł, żeby podłożyć pod nie taśmę stabilizującą, co pomogło opanować plączącą się dolną nitkę.
Jako dopełnienie całości posłużyły landynkowe guziczki wygrzebane z domowych zapasów przechowywanych od lat oczywiście w puszce po ciastkach.

Tym razem jestem zadowolona z efektu końcowego, ale równocześnie wciąż trochę straumatyzowana przydługim procesem szycia. Betty sprawdziła się na baletach, a kilka dni wypoczynku z dala od domu pomogło wyleczyć sztywność karku pozostałą po godzinach ręcznego wykańczania. Udało się nawet przyweźć trochę zdjęć sukienki na pacjencie. Niestety okazało się, że wzięłam manualny obiektyw z przejściówką, która nie ostrzy na nieskończoność, stąd ciasne kadry i brak nóg. Zdjęcia na wycieczce dzielnie robił mój tato.


MORRIS

Na wyprawę pojechał z nami Morris. Morris w listopadzie będzie miał 14 lat. Jest psim turystą i kocha wodę, ale jeszcze nigdy nie był nad morzem. Atakująca falą woda nie wywarła na nim pozytywnego wrażenia, ale przy drugim spotkaniu przekonał się do spacerów brzegiem. Okazało się, że wbrew naszym przewidywaniom, Morris został większym fanem kąpieli w piasku! Do tego jest wrodzonym elegantem i najlepiej z nas trojga wygląda w Łukaszowym białym kapeluszu :)