BRZYDAL, CZY MĘSKA RZECZ? - historia pierwszego quiltu


Bo to się zwykle tak zaczyna, powiedzą pewnie doświadczone quilterki. Będą miały rację. Jest coś dziwnego w składaniu skrawków i łatek w spójną całość, coś nieuchwytnego dla laika. Początki są oczywiście niewinne. Zawsze tak jest. Jakiś przelotny romans z prostym wzorem na poszewkę, potem coś bardziej imponującego na prezent dla kogoś, na kim nam zależy... I wtedy przychodzi ochota na coś więcej. Czujesz, że to jest ten moment, w którym chcesz iść na całość.
Tym sposobem rozpoczynają się poszukiwania tego jedynego. Tego, z którym warto zaryzykować, któremu chce się poświęcić cały swój czas, energię i te nieprzespane noce. Decyzja, na pozór łatwa, gorzej z realizacją. Poświęcasz więc godziny na przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu tego czegoś, co sprawi, że będziesz wiedzieć, że to właśnie ten, że to ON. Bez końca przeczesujesz darmowe wzory do pobrania, przecenione kolekcje tkanin, zestawy kolorowych nici. Masz mętlik w głowie. Postanawiasz dać sobie czas i zrobić coś dla siebie.

Los jest jednak bardzo przewrotny i kiedy tylko przestajesz szukać, potrafi w bardzo perfidny sposób dawać znaki i wymuszać podejmowanie decyzji, na które nie jesteśmy gotowi. Niespodziewanie chodzisz więc w posiadanie zestawu luksusowych tkanin i nici, a mózg zaczyna wykonywać operacje w tle. Wcale tego nie chcesz, ba! Wzbraniasz się, bo to nie ten czas, miejsce i jeszcze coś tam innego. Przez głowę przelatuje ciąg pojęć, geometryczne wzory, szereg barw stanowiących logiczną całość, a nawet konieczność. Wtedy coś nagle w Tobie pęka. Zadajesz sobie pytanie czy podołam? Czy to dla mnie? A co jeśli mi się nie uda? Ale jest już za późno... Pracujesz na najwyższych obrotach i jest Ci z tym dobrze.

W krojeniu trójkątów i kwadratów jest jakaś urzekająca magia powtarzalności. Umysł nagle znajduje się we właściwym miejscu i osiąga zen, tao, czy innego rodzaju nirwanę. Nie istnieje nic poza kształtami i kolorami. Mija dużo czasu. Jesteś zadowolona z siebie.

Po tym pierwszym zauroczeniu przychodzi kolejny etap, który wymaga trochę więcej przytomności umysłu i opanowania. Zaczynasz zauważać, że niektóre rzeczy nie pasują do siebie tak idealnie jak przypuszczałaś, ale nie zatrzymujesz się przy tej refleksji zbyt długo. Wierzysz w słuszność sprawy i lecisz jak opętana na przód. Przychodzi czas na pierwsze prucie, ale to nic. To wszystko po to, by było cudownie. Musi tak być. Przecież to wiesz.


Robienie pierwszej kanapki okazuje się czymś cudownie prostym. Godziny filmików instruktażowych na youtubie i wpisów na innych blogach przyniosły oczekiwany skutek. Wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniem i w ekscytacji czekasz na pikowanie. Oh, to pikowanie, które ma być najbardziej ekscytującym momentem szycia. Zwieńczeniem
Twojego dzieła.
Wiesz, że nie będzie łatwo, dlatego wybierasz prosty, geometryczny wzór, nad którym zbyt długo myślałaś. Pełna lęku, ale i szczerych nadziei zasiadasz do maszyny pod osłoną nocy. Wtedy nagle dociera to do Ciebie. Nie jest łatwo. Drogie, wyszukane tkaniny, najlepsze nici, tyle pracy i serca... Patrzysz na te krzywe linie uciekające między Twoimi dłońmi i czujesz, że nad niczym nie masz kontroli. Czy to moja wina - pytasz nocy - dlaczego tak musiało się stać?. Patrzysz na ten żałosny widok i nie widzisz już swojego wyczekanego ideału. Widzisz już tylko Brzydala. Tyle zostało z marzenia o Męskiej Rzeczy.

Jest 3 w nocy. Zastanawiasz się, czy warto było się tak starać, żeby teraz wszystkim cisnąć w kąt. Podejrzewasz rozsądną decyzję, żeby iść spać i rozważyć dalszy ciąg tej historii rano. Na następny dzień wstajesz z kacem moralnym, pakujesz walizki i wyjeżdżasz z psami na tydzień. To jest udany, słoneczny tydzień, podczas którego nie rozdrapujesz niepowodzeń. Wracasz do domu i na Brzydala patrzysz łagodniejszym wzrokiem. Rozumiesz go, niemal mu współczujesz. Postanawiacie dać sobie drugą szansę.
Kolejna noc przy maszynie nie przynosi ani większych sukcesów, ani dalszych rozczarowań. Znacie się już na tyle dobrze, że wiecie w jakim kierunku oboje zmierzacie. Co dziwne, jest to nowy, wspólny kierunek. Kiedy pikowanie jest gotowe, patrzysz na Brzydala z perspektywy wspólnie spędzonych chwil i wydaje Ci się, że trochę wyprzystojniał. Może to tylko światło, albo zmęczenie, ale dochodzisz do wniosku, że jesteś straszną panikarą i lubisz wyolbrzymiać. Brzydal nie jest taki zły, potrzebuje jeszcze po prostu trochę uwagi i czasu. Wyjeżdżacie razem w góry.

W górach jesteś bardzo troskliwa i postanawiasz dać z siebie wszystko. Dopieszczasz ramkę ręcznym krytym ściegiem. Metry ręcznego wykończenia, odciski na palcach. W końcu nadchodzi ten moment, kiedy wszystko jest gotowe. To takie surrealistyczne, że na początku nie możesz w to uwierzyć. Patrzysz na swoje dzieło i widzisz już nie Kopciucha, ale Księcia z bajki. Jakie to dziwne, myślisz, jaki on piękny, jaki mój, jaki gotowy! Jesteś po uszy zakochana.


Przez ten tydzień w górach nie możecie się rozstać. Chcesz go mieć na wszystkich zdjęciach, spać z nim każdej nocy, wspólnie ogrzewać się, gdy zajdzie słońce. Nieoczekiwanie jednak turnus dobiega końca, a w Tobie odzywa się leciutki niepokój. Brzydal jest wciąż przy Tobie, ale Ty jesteś jakby nieobecna, myślami wodzisz po kolejnych kolekcjach tkanin, marzysz o porwaniu się na bardziej skomplikowane pikowanie... Znów pragniesz przeżyć tę przygodę ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Nie możesz się doczekać powrotu do domu, żeby przejrzeć tajne zbiory tłustych ćwiartek i rozprasować wybrane szmatki. Dociera do Ciebie powoli, że jesteś uzależniona od patchworku.


SPIS TRECI

1. Projekt Angeli Walters CORAL, do pobrania na stronie Quilting Is My Therapy.
2. Zestaw drukowanych tkanin Mad Plaid AGF Fabrics, który dostałam w giveaway od Gosi z Quilts My Way
3. Jednobarwne tkaniny i ogromne bawełniane wypełnienie z kiltowo.pl
4. Zestaw nici Aurifil Winter Essentials z B-Craft

Wydane pieniądze - bardzo dużo. Wspomnienia? Bezcenne.

SIMPLICITY 1595 - Kobieta z przeszłością, sukienka po przejściach


Uszyłam sukienkę. Nic wielkiego, mogłoby się wydawać, jednak więcej znaków na niebie i ziemi mówiło, że to się nie może zakończyć sukcesem.

Zaczęło się niewinnie... Krojenie na podwójnie złożonym materiale, wszystko zgodnie z planem, aż tu nagle okazuje się, że jest go fizycznie mniej niż w mojej głowie... Oczywiście wszystkie pierdoły już skrojone, a ja zostaję z dwoma przodami (krojonymi razem z odszyciem) i tyłem spódnicy... Tkaninę kupiłam parę lat temu podczas wizyty w Północnej Walii, więc o dokupieniu nie było oczywiście mowy... Udało mi się skroić wszystko dzięki użyciu tajnych szamańskich zaklęć, a tajemnica poliszynela mówi, że przody są skrojone w różnych kierunkach, ale szczęśliwie chaotyczny wzór idealnie maskuję ten fakt. Jakimś kosmicznym cudem te różnie skrojone przody nie powyciągały się w przeciwne strony przy praniu, a prałam tę sukienkę kilka razy zanim w ogóle ją na siebie założyłam, ale o tym za chwilę.


Samo szycie sukienki było dosyć przyjemnym doświadczeniem, choć nie należało do najłatwiejszych przepraw... Dzisiejszy wpis uzupełnię zdjęciami i szerszym opisem konstrukcji i spraw technicznych od lewej strony, troszkę detali pojawiło się też już w dzienniczku postępów. Teraz ograniczę się do ogólnych wrażeń z procesu twórczego.

Zabawne jak proste wydają się konstrukcje sukienek z lat 40stych i 50tych. Nawet obrazkowy opis szycia krok po kroku dołączony do kopertowych wykrojów nie oddaje ogromu pracy, jaki czeka niczego niespodziewającą się domorosłą krawcową. Te rękawki krojone razem z karczkami, marszczenia przodów i pleców, dziwne kąty w dziwnych miejscach są nieśmiałym zwiastunem potu na czole i odcisków od igły na palcach... 

Jakby tego było mało, są jeszcze na tym świecie różnego rodzaju tak zwane zdarzenia losowe. Takim zdarzeniem, które zdarzyło się właśnie mnie w trakcie szycia, był incydent z jajkiem, a konkretnie rzecz ujmując z jego białkiem... Otóż moja wcale nie lepsza druga połowa postanowiła nakarmić psy surowym jajkiem w miejscu mojej pracy twórczej. Przemilczę fakt, że na to miejsce zazwyczaj wybieram kuchnię (duży stół, dobre światło)... Wina została bezsprzecznie ustalona w trybie natychmiastowym, ale cóż tam z ogłoszenia prawomocnego wyroku, skoro zbrodnia się dokonała. Spódnica została poplamiona. Na domiar złego początkowo zupełnie nie zdawałam sobie sprawy ze szkodliwości popełnionego czynu... Białko.. Spierze się... No chyba, że jednak nie!

Jeśli nigdy nie mieliście doczynienia z usuwaniem białka (zwłaszcza zakrzepniętego) z odzieży, to jesteście szczęściarzami. Szybki risercz na googlu wydał jednoznaczny wyrok - albo amoniak, albo kosz na śmieci. Decyzja była więc prosta - udałam się do supermarketu budowlanego i nabyłam roztwór amoniaku 20%. Tutaj muszę zaznaczyć, że jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy amoniak rzeczywiście aż tak bardzo śmierdzi, to potwierdzam. Chciałabym powiedzieć, że wiem to, bo dużo czytam, niestety prawda jest bardziej wstydliwa... Zaliczam się do grona osób, które akurat zawsze zastanawiały się, czy amoniak AŻ TAK śmierdzi... Do tego stopnia, że po odkręceniu buteleczki podstawiłam nos i nieśmiało powąchałam. Tak. Tak było. 
Cóż mogę powiedzieć... Wspomnienie prawdziwego, tartego chrzanu z dzieciństwa, który po spożyciu wykręcał mózg na drugą stronę zostało wyparte przez nowe, dużo bardziej przykre doświadczenie... Woda maniakalna, bo tak ja przechrzciłam, byłaby w stanie wskrzeszać zmarłych... Dziwię się, że nikt jeszcze na to nie wpadł. Być może wszyscy są mądrzejsi niż ja i nikt tego nigdy przede mną nie wąchał bezpośrednio z butelki... Myślicie teraz pewnie o boże jak można być tak głupim, ale ja to widzę inaczej. Dzięki mojej obywatelskiej odwadze możecie mówić, że wiecie jak bardzo śmierdzi amoniak, bo dużo czytacie! 
I ja to tak tutaj zostawię...

Amoniakowa kuracja za trzecim podejściem przyniosła efekty i nadszedł dzień kiedy mogłam wyprowadzić sukienkę przed szerszą publiczność. Nie wiem czy macie jakieś doświadczenia z szyciem, czy też noszenie rzeczy w stylu lat 40/50/60tych, ale mnie największą radość sprawiają komentarze starszych Pań na ulicy. Ja sobie zdaję sprawę, że to może być bardzo dziwne, ale dosyć często kiedy noszę własnoręcznie uszyte kreacje, gdzieś jakaś starsza Pani ogląda się za mną i mówi, że świetnie wyglądam, takie kobiece ciuszki, dobrze leżą, a ja się cieszę jak dziecko. Najlepsze komplementy jakie można zebrać, bo nie podszyte żadnym żądaniem, czy podtekstem! Na prawdę polecam.

Aha, dochodzimy do końca wpisu, więc wypadałoby wspomnieć o dzisiejszych zdjęciach... Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że nie zdawałam sobie sprawy, że ta wysokość obcasa wygląda aż tak absurdalnie!!! Teraz, kiedy już to z siebie wydusiłam, chciałam podziękować mojemu Instagram Husband - Łukaszowi. Dzisiaj poszło nam znacznie sprawniej niż ostatnio i jestem szczerze wzruszona, że nie wspomniał mi wcześniej o tym, jak zdążyłam się wygnieść w tej sukience. Co ja bym bez Ciebie zrobiła :)

Jeśli chodzi o te retro nieostrości... Tajemnica tkwi w chyba niesprawnym aparacie cyfrowym i radzieckich obiektywach na M42 (to jest gwint taki jak był w Zenitach). Ogólnie, jeśli pytacie, to powiedziałabym, że to jest zamierzony efekt i pasuje! A jeśli uważacie inaczej, to się po prostu nie znacie na sztuce i tyle ;)


DOMOWE HAUTE COUTURE - proste spodnie z Burdy (4/2000)


Witam po małej przerwie. Czy ktoś tu jeszcze zagląda? Chwilę mnie nie było, ale stała się rzecz bezprecedensowa - otóż skończyłam szyć wszystkie rzeczy zapowiedziane w ostatnim dzienniczku! Już za niecałe dwa tygodnie udajemy się na zasłużony (a jakże!) urlop i moim mocnym postanowieniem jest opublikowanie wszystkich zaległych notek przed wyjazdem w góry.

O chęci uszycia spodni pisałam we wspomnianym dzienniczu. Model 112 podobał mi się od zawsze. Pamiętam, że kupiłam tę Burdę w 2000 roku, kiedy zaczynałam swoją przygodę z szyciem i już wtedy miałam na niego oko. Potem szycie zarzuciłam na długie lata, aż tu nadszedł dzień na powrót zapośredniczony. 
Kiedy zaczynałam przygodę z szyciem byłam bardzo niecierpliwym człowiekiem. Liczył się szybki efekt, nie obchodziło mnie za bardzo co się dzieje po lewej stronie... Jak łatwo się domyślić efekty pracy były dosyć marne i krótkotrwałe. Jedyne co mi zostało po tych szalonych przygodach z igłą i nitką, to sztruksowa kurtka ramoneska, która jest (jak na moje ówczesne możliwości) całkiem przyzwoicie uszyta i po prostu nie miałam serca jej wyrzucić. Postaram się ją kiedyś zaprezentować w jakimś sentymentalnym wpisie, w którym poużalam się nad mijającym czasem i swoją pogłębiającą się starością. 
Wracając jednak do spodni - model bardzo prosty: dwa przody, dwa tyły i dwuczęściowy karczek. Żadnych zaszewek. Z boku prosty kryty zamek. Nogawki proste, szerokie. Chciałam w końcu uszyć coś błyskawicznie, a więc ten wykrój to istny ideał! 

DOMOWE HAUTE COUTURE

Z szyciem udało mi się uwinąć w rekordowym tempie, bo prawie w jeden dzień. Mówię prawie, bo kroiłam materiał dzień wcześniej, a odszycia karczków przyszywałam ręcznie do lewej strony dzień później. Jak na mnie to i tak rekord. Spodnie o tak prostym kroju oczywiście można uszyć i w godzinę, ale ten etap mam już za sobą. Szyję, bo chcę mieć ładne rzeczy dobrej jakości, w których przestanę chodzić, bo z wiekiem zamienię się w człowieka ciastolinę i przestaną dobrze na mnie leżeć, nie zaś ciuchy, które sprują się na wieszaku od samego patrzenia. Dzisiaj taka jakość to prawdziwy luksus, ale skoro już sama szyję, to czemu sobie go odmawiać?
Materiał na spodnie, to bawełna z domieszką lnu. Grube wątki, luźny splot, z brzegów ciągną się nitki, kiedy zbyt mocno się na nie dmuchnie. No i ta bawełna z lnem... Przyznam, że spędzała mi sen z powiek wizja spodni po paru wyjściach, z powyciąganym, workowatym zadkiem i zagnieceniami nie do rozprasowania. Tutaj bardzo pomocny, a wręcz zbawienny okazał się wpis na blogu Couture et Tricot, gdzie spodnie o podobnym, luźnym kroju wzmocnione zostały jakby wewnętrznymi spodenkami z jedwabnej organzy.

Ah ta magiczna jedwabna organza! Nie mogę się jej nachwalić. Czymże byłoby szycie bez niej, kiedy raz już człowiek jej doznał? :) Te dodatkowe, wewnętrzne portki w kolorze lila sprawią, że wierzchnia warstwa spodni nie będzie się wyciągać i zredukuje ilość brzydkich zagnieceń. Organza jest bardzo cienka i lekka. Nie obciąża spodni, choć nadaje im strukturę, oraz chroni przed odznaczaniem się bielizny. 
Dzięki skrojeniu brzegów nogawek wzdłuż fabrycznie wykończonego brzegu tkaniny, nie muszę się martwić o to, że tę dodatkową warstwę będzie widać z zewnątrz. Taki zabieg eliminuje też problem strzępiących się, niewykończonych brzegów. Sprytne, prawda?

Ponieważ tkanina wierzchnia tak bardzo się strzępiła, postanowiłam zostawić aż 2 cm zapasów na szwy. To był strzał w dziesiątkę. Tym sposobem udało mi się pięknie zamknąć wszystkie szwy, a dzięki dodatkowej warstwie organzy środkowy wewnętrzny szew jest zabezpieczony bez żadnego dodatkowego szycia po prawej stronie. Poniżej zobaczycie cały proces.
Na początku oddzieliłam jedną warstwę organzy od pozostałych zapasów, które skróciłam do ok 7 mm. Organzę ponacinałam przy łukach do głębokości przyciętych zapasów szwów i zaprasowałam na nie. Na zdjęciu widzicie tak zaprasowane zapasy organzy przypięte szpilkami.

Następnie dla wygody złapałam wszystko fastrygą i obcięłam pozostały nadmiar organzy wzdłuż maszynowego ściegu. Na zdjęciu wciąż jeszcze widać te nieokiełznane farfocle.
Na koniec zaprasowałam cały zapas tą przyciętą, niewykończoną krawędzią organzy do wewnatrz i złapałam tak przygotowany brzeg ściegiem zakopiańskim (herringbone stitch) do samej nogawki z organzy. 

Poniżej widać fragment wewnętrznego szwu. Jak możecie zauważyć, nie ma żadnego dodatkowego szwu od prawej strony. Ten luźny karczek okiełznałam ręcznym, niewidocznym ściegiem na płasko od lewej strony.


Nie jestem pewna, czy cokolwiek zrozumieliście z mojej pisaniny, ale mam nadzieję, że jesteście w stanie połapać się w sytuacji dzięki zdjęciom.
Przy odszyciu karczków postanowiłam zaszaleć i wykorzystałam fragment pasiastej bawełny na patchworki. Przy wszywaniu lamówki użyłam po raz pierwszy w swojej karierze stopki do szycia w szwie i jestem zachwycona efektem - szew wyszedł perfekcyjnie! Okazuje się, że znajomość narzędzi, z którymi się obcuje na prawdę popłaca :)

Myślę, że mogę śmiało polecić ten model spodni. Są one na prawdę bardzo proste i wdzięczne w szyciu, a uszyte z odpowiedniej tkaniny wygodne i idealnie zwiewne na letnie dni. Kiedy je zakładam mam ochotę iść na długi spacer brzegiem morza... albo oceanu... na przykład gdzieś w Portugalii. Chwilowo zadowalam się jednak brzegiem Wisły ;)

***
Na koniec zdjęcia. Całe dwa. Podczas ich wykonywania ucierpiała moja godność osobista, a Łukasz doznał uszczerbku na zdrowiu psychicznym. W przyszłości postaramy się bardziej! Na razie jest jak jest.


DZIENNICZEK POSTĘPÓW - dziewczyna lotnika i plany na lato


DUŻE RADOŚCI

Spieszę donieść co następuje: prace nad sukienką w stylu lat 40stych nadal trwają i dobrze rokują na najbliższą przyszłość. Lejąca wiskoza została ujarzmiona za pomocą krochmalu w spray'u (do kupienia np. w większych sieciówkach). Popryskałam nim niektóre bardziej nieposłuszne elementy przed rozpoczęciem szycia, co znacznie poprawiło komfort pracy. 
Po raz kolejny zmierzyłam się też z takimi fajnymi elementami konstrukcji, jak rękawki krojone z karczkiem, z ostrymi kątami (widać ten element na zdjęciu u góry). Te ostre zakręty wzmocniłam jedwabną organzą (którą mam obecnie tylko w kolorze liliowym, ale po zamknięciu szwów jest  i tak prawie niewidoczna; lewą stronę pokażę Wam w kolejnym poście) i drobnym ściegiem, o tak:

a potem jeszcze wszystkie szwy wzmacniałam taką taśmą:

Pomimo dużej ilości łagodnego krochmalu do koszul, efekt początkowo nie powalał i rzecz przypominała bardziej ścierę do podłogi.

Sytuacja dosyć magicznie się odwróciła, kiedy podszyłam rękawki bawełnianą lamówką i nagle, ku mojej dumie i uciesze, koszula przybrała formę koszuli.

Koszula obecnie posiada już okrągły kołnierzyk - wierzch krojony po skosie, dół wzdłuż brzegu i wzmocniony flizeliną i prezentuje się jak na zdjęciu tytułowym, czyli w następujący sposób:

Nie mogę się doczekać skończonej wersji! Właśnie wróciłam z pracy z głęboko zakorzenioną chęcią dalszej walki!
MAŁE SMUTECZKI


Niestety na tę chwilę pokonał mnie żółty, kwiatowy żakard i prace nad sukienką prezentowaną w poprzednim dzienniczku zostały wstrzymane do odwołania. Próbowałam ratować nieposłuszną górę, sprułam zaszewki, podkleiłam flizeliną, ale całość tak się powyciągała w trakcie, że w zasadzie nadawała się do wyrzucenia i skrojenia ponownie. 
Nie zmierzam całkowicie rezygnować z tego wykroju. Myślę, że dam mu odleżeć i zabiorę się do niego za jakiś czas ze świeżym podejściem.

PLANY NA LATO

Planuję w niedalekiej przyszłości wrócić do troszkę zapomnianej przeze mnie Burdy! Sukienki sukienkami, marzą mi się proste, luźne spodnie z lnu, takie do sandałków i dowolnej góry. Zawsze podobały mi się te z numeru 4/2000, model 112 (we wszystkich wariacjach).

Muszę też pomyśleć o szortach, ponieważ moje cztery litery nie mieszczą się w żadne ze spodenek z poprzednich lat... Nie oszukujmy się - nie zanosi się na to, żeby w najbliższym czasie coś miało się w tej sprawie drastycznie zmienić. Myślę, że zdecyduję się na model 111 z czerwcowego wydania Burdy z 2011 roku i może odzyskam jakąś starą tkaninę odziedziczoną po babci? :)

via burda.pl
Ahoj, przygodo!

Hawajska Betty w starym kinie


Zgodnie z wcześniejszą obietnicą prezentuję Wam Hawajską Betty na żywym organizmie. Zdjęć jest mało i nie są do końca tym, o czym myślałam, ale mam aktualnie małe problemy ze sprzętem i przejściówką w aparacie (do tego zdjęcia robił dosyć poirytowany sytuacją Łukasz). Mam nadzieję, że kolejne realizacje przebiegną znacznie sprawniej.
O samej sukience pisałam już obszernie w jednym z poprzednich postów, a zdjęcie tytułowe powędrowało na Instagrama. Wreszcie zrobiło się ciepło i mogę potwierdzić - sukienka jest bardzo wygodna i bardzo dobrze sprawdza się w wysokich temperaturach. Dosyć zjawiskowo prezentuje się też na wietrze, choć na szczęście bez efektu Marilyn Monroe.
Dodam jeszcze, że wszystkie dodatki, które widzicie na zdjęciach są zbiorami vintage. Okulary dostałam od mojej przyjaciółki Mary (nosiła je kiedyś jej babcia), buty dostałam od koleżanki z pracy Marysi (prowadzimy w biurze fajną wymianę barterową przedmiotów ładnych, które z jakiegoś powodu nie są nam potrzebne, albo nie pasują), pasek mam po osobistej babci, a drewnianą bransoletkę chyba przejęłam od mamy. Torebkę widoczną na jednym z ostatnich zdjęć kupiłam w second handzie. 
Nie znam się na modzie, ale lubię gromadzić rzeczy ładne i z historią. Cała stylizacja jest przeglądem co najmniej kilku dekad... Wciąż mam wątpliwości co do tych muszych okularów, ale podobno nie są takie złe jak mówię. Nie wiem, oceńcie sami :)





DZIENNICZEK POSTĘPÓW - dwie letnie sukienki i dawno niewidziany płaszcz Anna



Uszycie czegokolwiek zajmuje mi sporo czasu. Dzieje się tak z różnych przyczyn. Czasem nie mam czasu, weny twórczej, nie chce mi się, bo wolę grać w grę, pracuję, muszę posprzątać, tudzież zrobić coś innego w domu, albo po prostu natrafiam na problem, który musi swoje odleżeć, żeby się rozwiązać. Potem udaje mi się skończyć projekt, albo wręcz przeciwnie i czuję się zobowiązana tłumaczyć z efektów wszystkim, których poinformowałam o jego istnieniu. W przypadku rzeczy, które rzeczywiście skończyłam powstają przydługie notki na blogu, które mają zbyt wiele dygresji z procesu szycia i których nikt nie chce czytać.
Postanowiłam, że rozwiązaniem będą wpisy z serii Dzienniczka postępów, w których z czystym sumieniem mogę się spowiadać z tego co nie poszło, dlaczego nie poszło, albo dlaczego tak długo nie idzie. Jeśli Was interesują tylko projekty, które udało mi się zakończyć względnym sukcesem, możecie chcieć pomijać te posty.

TRUDNE SPRAWY


Oto dawno niewidziany płaszcz Anna. Projekt na podstawie wykroju z Postępu Krawieckiego z 1957 roku. Oddałam mu dużo serca i czasu. Dlaczego chwilowo zarzucony? Powód jest prosty: zajął mi tyle czasu, że przyszła kalendarzowa wiosna i postanowiłam przerzucić się na letnie sukienki, żeby zdążyć wbić się w sezon. 
Płaszcz zdecydowanie chcę skończyć, choć jest kilka rzeczy, które już teraz wiem, że spartaczyłam. Po pierwsze kołnierz. Nie układa się tak jak powinien i nie mam pojęcia co jest przyczyną. To znaczy wiem, że jest to błąd konstrukcji, ale nie wiem dokładnie co zrobiłam źle. Kołnierz troszkę marszczy się na ramionach. Myślałam, że wyeliminowałam problem po skorygowaniu modelu próbnego, ale niestety nie do końca. Jeśli się uda, postaram się zabrać płaszcz na wieś, do starszego Pana Krawca, po którym odziedziczyłam Postępy Krawieckie i być może to rozwieje tę zagadkę. Na razie jest jak jest. Mogło być gorzej!
Drugą rzeczą, która już mnie troszkę irytuje, jest ilość materiału przy wypustkach kieszeni. Wydawało mi się, że dbałam o eliminacje zbędnych warstw, ale okazało się, że w rogach zrobiły się małe bulki. To jest problem z rzędu głupi nie zauważy, a mądry będzie myślał, że tak miało być, ale ja wiem jak jest i spędza mi to sen z powiek. 
Aha, i zapomniałabym - rękaw jest do poprawy. Chodzi mi o ten fragment u góry, gdzie powstały mini fałdki. 
Ta ciemna plama z prawej strony to wierzchnia warstwa kołnierza, w kolorze ciemnej zieleni (czego nie widać na zdjęciu). Wyłogi będą w kolorze wypustek kieszeni i tej rzeczy u wylotu rękawa, której nie potrafię nazwać (wiem, wstyd!).

LATO, CIEPLEJSZY WIEJE WIATR


Pierwsza bezimienna sukienka ma powstać na podstawie wykroju z lat 60tych. Mowa o Vouge 5497. Stosunkowo prosty krój, niespecjalnie dopasowany w talii, łódkowy dekolt. Sukienkę skroiłam z pięknego żakardu, który dostałam od Rvdzik. Motyw kwiatowy, troszkę wypłowiałe kolory, lato jak nic. Wszystko pięknie, tylko okazuje się, że ten żakard wcale nie chce mnie słuchać.
Problem pojawił się, kiedy zszyłam zaszewki...

Żakard jest na tyle lejący, że przy zaszewkach wyprawia co che i układa się co najmniej dziwnie. Rzeczone zaszewki zamierzam spruć, a górę przodu podkleić i uspokoić lekką flizeliną. Mam nadzieję, że to pomoże rozwiązać problem. Jeśli nie, sięgnę po tkaninę do zadań specjalnych i podszyję ten element jedwabną organzą. 
Nie chciałabym rezygnować z tej tkaniny. Spójrzcie jak pasuje to tego kroju! 
(Wszystko oprócz zaszewek na razie spięte szpilkami)

BURZLIWE LATA 40STE


Na koniec sukienka Simplicity 1595, która jak do tej pory nie przyniosła mi żadnych powodów do narzekań, ale też jeszcze nie zaczęłam jej szyć. 
W sumie to zaliczyłam epizod w krojeniem na podwójnie złożonym materiale, kiedy to odkryłam z paniką, że zużyłam ponad połowę tkaniny, a kluczowe (i największe) elementy sukienki wciąż leżą nieskrojone. To był jeden z tych problemów, które musiały odleżeć swoje i do których wróciłam uzbrojona w kilka magicznych zaklęć i jakoś się udało! 
Na razie poświęciłam sporo czasu na podklejenie krytycznych elementów cienką flizeliną i przeniesienie oznaczeń z wykroju na materiał. Ponieważ moje szycie następuje w nieregularnych interwałach czasowych, uznałam, że najskuteczniejszą metodą będzie tradycyjna fastryga. Znacie metodę pętelkowania? (tak serio, to nie wiem, czy  to się tak poprawnie po polsku nazywa...)

Przez linię na wykroju, którą chcę przenieść na materiał przeprowadzam luźno fastrygę pozostawiając pętelki:

Kiedy oddzielam wykrój od tkaniny, mam długie odcinki nitek, które delikatnie odcinam przy samym pergaminie.

Tym sposobem mam zaznaczone osobnym kolorem nitki linie zagięcia materiału i środek przodu. Fastryga jest łatwa do usunięcia, sto razy bardziej precyzyjna niż kreda krawiecka i bardziej trwała niż flamastry 24h.

Kilka słów o tkaninie: jest to (o ile pamiętam) wiskoza. Bardzo lekka, zwiewna i trochę trudna do ujarzmienia. Na tyle, że rozważałam zakup krochmalu w spray'u, ale chyba już zawarłyśmy rozejm. Kupiłam ją w ABAKHAN w Chester, kiedy odwiedzałam mamę parę lat temu. Urzekł mnie ten drobny wzór samolotów i bardzo chciałam z niej uszyć sukienkę na krakowski Piknik Lotniczy! Impreza odbędzie się 24/25 czerwca i chcę wierzyć, że zdążę :)

***
Tyle w pierwszym odcinku zwierzeń Wery z ujarzmiania nowych wykrojów i tkanin! Postaram się, aby kolejne wpisy z tej serii równie mocno mroziły krew w żyłach ;)
Tymczasem pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia!