SHARE WEEK 2017 - czyli osobiste zestawienie ulubionych blogów


Obiecuję, że kolejna notka będzie w końcu stricte o szyciu, co więcej, będzie w końcu o Hawajskiej Betty! :) Sukienka jest na wykończeniu i będzie gotowa do końca tygodnia. Chyba wraz z przypływem temperatury za oknem odzyskuję swoje mojo.

W międzyczasie chciałabym się podzielić z Wami moimi wielkimi blogowymi inspiracjami. Myślałam o tym od jakiegoś już czasu, natomiast brak mi było śmiałości. Dobrą okazją okazała się akcja SHARE WEEK 2017, którą na swoim profilu facebookowym udostępniła Uszyta
Śmiałości mi brakowało, ponieważ tego typu wpisy maja na celu napędzenie ilości wyświetleń i bywają czasem dosyć nachalne. Z drugiej strony jest ta nuta bezinteresownej chęci polecenia blogów, które w poszukiwaniu inspiracji odwiedzamy prawie codziennie. 
Akcja Share Week ma dosyć uczciwe zasady, dlatego w jej cieniu postanowiłam opublikować ten wpis.

BLOGI SZYCIOWE


Bardzo chciałabym opisać wszystkie moje ukochane blogi zajmujące się szyciem w stylu vintage i skupione na tradycyjnych metodach krawieckich, jednak większość z nich pisana jest wyłącznie w języku angielskim. Co prawda regulamin akcji nie wskazuje explicite, że zgłoszenia mogą dotyczyć jedynie blogów pisanych w języku polskim, ale takie wrażenie odnoszę przeglądając dotychczasowe zgłoszenia. Anglojęzycznym blogom krawieckim z przyjemnością poświecę osobną notkę.
***

Marchewkowa prowadzi swój blog od ośmiu lat. Jest to pierwszy polski blog w tematyce szycia w stylu retro który znalazłam szukając inspiracji. Marchewkowa ma niesamowity dar do przerabiania odzieży (tylko spójrzcie na TEN płaszcz) i wykrojów tak, aby pasowały do jej niepowtarzalnego stylu. Co więcej, z niepozornych wykrojów z Burdy, potrafi stworzyć imponujące kreacje rodem sprzed kilku dekad. Za przykład może posłużyć komplet z lat 50tych, letni trapezowy płaszczyk w kwiaty, czy letnia sukienka w grochy. W każdym przypadku dbałość o detal przy wykończeniach i dobór odpowiednich wzorów i tkanin do kolejnych projektów z lat 50tych i 60tych jest godna podziwu.
W 2012 roku Marchewkowa wygrała konkurs na Szyciowy Blog Roku w kategorii Osobowość, a jej prace pojawiały się na łamach polskiej (i nie tylko) Burdy.
Od lat przyglądam się i zazdrośnie podziwiam twórczość Marchewki, która jest dla mnie matką chrzestną polskiego szycia w stylu retro. Jeśli chcesz szyć jak Marchewka zajrzyj koniecznie na zakładkę z tutorialami na marchewkowym blogu!
***
Quilts My Way to coś więcej niż tylko blog poświęcony ogromnej pasji do tworzenia patchworków. Gosia Pawłowska to nasz patchworkowy skarb narodowy - organizuje warsztaty, skupia internetową społeczność takimi akcjami jak Quilt Along, czy cotygodniowe Quilter's Monday Linky Party, a jej wspaniałe prace można często podziwiać w zagranicznych magazynach branżowych. 
Jeśli myślicie o wkręceniu się w tego typu szycie (uwaga, to uzależnia!), to blog Gosi jest idealnym startem podróży. Znajdziecie na nim dużo tutoriali, linków do ciekawych stron, a w razie jakichkolwiek pytań, autorka na pewno nie pozostawi Was bez odpowiedzi. Może nawet będziecie mieli ochotę wziąć udział w Sew All Around, w którym wygrać można atrakcyjne nagrody!

***
RĘKODZIEŁO 



Jestem całkiem pewna, ze Justyna Krupkowska jest czarodziejką. Tylko spójrzcie na tę przepięknie emaliowaną biżuterię! Justyna opracowała obróbkę miedzi do perfekcji, a jej leśny świat wciagnie każdego kto odwiedzi jej blog, lub sklep.
Jakiś czas temu porosiłam Justynę o pomoc w przygotowaniu projektu prezentu dla pewnej parki Czyżów. Justyna stworzyła kilka wzorów i bardzo cierpliwie pomagała mi przebrnąć przez proces podejmowania trudnych decyzji. Efekt współpracy możecie zobaczyć na Instagramie. Obdarowana para jest zauroczona prezentem i mogę potwierdzić, że o ptactwo troszczy się bardzo pieczołowicie.
Zajrzyjcie koniecznie na instagram Justyny i sprawdźcie jakie inne wspaniałe cuda tworzy!


***
BLOGI KULINARNE

Pozycja chyba dosyć znana i lubiana. Kwestia Smaku jest blogiem kulinarnym, z którego przepisów korzystam najczęściej. Na cokolwiek się pokuszę wychodzi wspaniale - wiem, bo testowałam na ludziach! Przepisy są dosyć proste, napisane w bardzo zwięzły i czytelny sposób. Namówiłam koleżanki z pracy na gotowanie z Kwestią i potwierdzają moje pozytywne odczucia, pytając retorycznie "jak ja mogłam gotować nie znając tego bloga?"! 
Uwielbiam tarty, w szczególności tę z łososiem, gruszką i różowym pieprzem. Jest to mój czarny koń na przyjęcia. Słodkości, w szczególności serniki, np. ten z dyni, choć wciąż uważam, że najlepszy, klasyczny sernik robi mój tato. Na Wielkanoc od dwóch lat gotuję tylko biały barszcz z Kwestii smaku, podobnie  jak farsz do bożonarodzeniowych uszek
W Święta i od święta, z Kwestią Smaku wszystko wychodzi idealnie i smakuje wyjątkowo dobrze! Jeśli jeszcze nie znacie, sprawdźcie koniecznie.

***


Jest kilka powodów, dla krótych jedzenie było lepsze kiedyś. Oprócz oczywistych, takich jak jakość produktów dostępnych w hipermarketach i obecna w nich chemia, jest jeszcze czynnik powiedzmy ludzki. Chodzi o ten zapamiętany smak gołąbków z sosem grzybowym jedzonych u babci, czy też smażonych powideł zapamiętany z dzieciństwa, którego na próżno dziś szukać wśród gotowych produktów. 
Przepisy Tradycyjne są wspaniałym zbiorem dań z przynajmniej 100letnią tradycją. Znajdziecie tu przepisy przede wszystkim związane z kuchnią polską, jak pierogi, czy barszcz czerwony na zakwasie z grzybowymi uszkami, ale także na przykład elementy kuchni włoskiej, jak spagetti aglio e olio, czy przepyszne bazyliowe pesto. Autorka bloga, Lena, prowadzi z narzeczonym Bartkiem także kanał na youtubie, gdzie razem opisują swoje kulinarne podróże i udzielają różnych praktycznych porad. Polecam gotowanie z Tradycyjnymi Przepisami, może uda Wam się dzięki nim wyczarować proustowską magdalenkę?


***


Bardzo podoba mi się męskie podejscie do gotowania. Przepis to generalna wytyczna, a w gotowaniu liczy się bardziej czucie i smak, niż szkiełko i oko, a już przede wszystkim przyjemność czerpana z gotowania. Jak sam autor zaznacza: "czas spędzony w kuchni ma być aktywnym odpoczynkiem, jak partia squasha. I - tak jak każdy sport - ma się kończyć poczuciem satysfakcji. Po prostu".
Facet z nożem to spora porcja fajnych artykułów o eksperymentach kulinarnych, o tym, że ma być i smacznie i przyjemnie i że nie wolno się bać kuchni.
Do każdej potrawy dostajemy jako przystawkę pysznie opowiedzianą historię, dzięki której mamy wrażenie, że siedzimy z autorem w jego kuchni i znamy się jak łyse konie. Facet z nożem - może to brzmi groźnie, ale to naprawdę sympatyczny i przepyszny blog kulinarny, a do tego naprawdę fantastyczna lektura.
Bardzo ważny detal- autor zaznacza, że wiele z opisywanych przysmaków świetnie działa na kaca, jak na przykład ta fanstastyczna szakszuka, czy orientalne miso

***
MOJE NAJNOWSZE ODKRYCIE
Bardzo popieram i podzieiam umiejętność dawania starym przedmiotom "nowego życia". Ostatnio wciagnęłam się w podglądanie jak zdolna kobieta o imieniu Paula potrafi stworzyć coś z niczego, czyli całkiem fajny dizajnerski mebel ze starych, PRLowskich (ale nie tylko) gratów. Takiej pomysłowej renowacji starych, odrapanych mebli poświęcony jest blog refreszing. 
Paula publikuje sporo fajnych tutoriali, doradza jaką farbę dobrać do konkretnej powierzchni, prowadzi warsztaty i wrzuca update'y w formie filmików. Bardzo chciałabym wypróbować te wszystkie cuda na własnych meblach, we własnych czterech kątach, choć na razie ograniczam się do urządzania wirtualnego mieszkania w swojej głowie... Mimo wszystko polecam, gdzyż uważam, że zawartość tego bloga jest szalenie ekscytujaca!
*****

Do akcji Share Week 2017 zgłosic można tylko 3 blogi, ale nie potrafiłabym sie ograniczyć do tej ilości i niesprawiedliwe wydawało mi się pominięcie we wpisie któregokolwiek z wyżej opisanych. Postanowiłam opowiedzieć Wam o wszystkich, a poprzez losowanie (które nastąpi za chwilę, więc kończąc pisać ten post sama jeszcze nie znam wyników) wyłonić trzy, które wezmą udział w zabawie. 
Życzę Wam udanego weekendu, być może przy lekturze któregoś z moich ulubionych blgów!  

W starej szafie znalezione - podróż w czasie



Bardzo chciałabym Wam zaprezentować nowe dzieło własnych rąk, jednak z przykrością i wstydem przyznać muszę, że takowego nie ma. Sukienka spogląda na mnie z wyrzutem, płaszcz macha jedynym wszytym rękawem, a ja wciąż zasłaniam się kolejnymi wymówkami. To wszystko są bardzo dobre wymówki, a nazywają się życie i obowiązki... Wpadłam w głęboką króliczą norkę na początku tego roku i wciąż próbuję się z niej wydostać. Na razie tylko biegam w tym całym szaleństwie krzycząc "O rety, o rety, na pewno się spóźnię" i "NIE MA CZASU!!!". 

Ponieważ, jak wspomniałam, nie mogę zaprezentować nic własnego autorstwa, chciałabym Was w zamian zaczarować i przenieść w czasie do starego zakładu krawieckiego. Być może część z Was już podziela moją nostalgię do dawnych czasów, kiedy krawiectwo było równocześnie rzemiosłem, ale i sztuką, a ubrania miały duszę. Posiadanie takich artefaktów minionej epoki bardzo mnie inspiruje i sprawia, że chcę szyciu poświęcić cały należyty mu czas. 

Większość z przedmiotów, które widzicie na zdjęciach wciąż nadaje się do użytku. Te piękne , ogromne, krawieckie nożyce zamierzam oddać do ostrzenia i myślę, że będą moją ulubioną parą.

Drewniane szpule z nićmi - nigdy wcześniej na takie nie trafiłam. Niesamowite, że na większości wciąż widnieją oryginalne naklejki z miejscem produkcji i ceną. Zdumiewająca jest też ich jakość! Spodziewałam się, że będą się rwać, tak jak te bawełniane, produkowane w Polsce w późnym PRLu. Te natomiast, prędzej przetną moją skórę przy naprężaniu, niż pękną.
Zastanawiam się nad ich współczesnym zastosowaniem. Nici są bardzo wytrzymałe, ale przy tym cienkie. Może nadały by się nawet do wykańczania lekkich sukienek? 
Dużym zaskoczeniem i tajemnicą jest źródło pochodzenia maleńkiej paczuszki z drobniutkimi igłami w rozmiarze 9 marki Richard Hemming & Son. 
O ile igły R. Hemming & Son same w sobie zaspokajają moje estetyczno-snobistyczne ciągoty w kierunku akcesoriów krawieckich typu Merchant & Mills, o tyle ze zwykłymi igłami i agrafkami musiałam improwizować. Dla agrafek znalazłam portfelik na monety z grubej skóry, dla igieł szklaną fiolkę po pigułkach, podobnie jak tutaj. Dla haftek poszukuję jeszcze małego, metalowego puzderka.
Są i nici z niechlubnych czasów. Ich jakość zależy od tego, czy fabryka miała lepszy, czy gorszy dzień... Pomimo młodszego wieku, są dużo mniej wytrzymałe, niż ich koleżanki na drewnianych szpulach. Wszystko w przyrodzie ma jednak swoje miejsce, tak więc i słabe nici znajdą swoje przeznaczenie przy wszelkiego rodzaju fastrygach.


MAGAZYNY I KSIĄŻKI

Nowym odkryciem są dla mnie "zeszyty" spod znaku WYKROJE I WZORY wydawane jako dodatek do magazynu KOBIETA I ŻYCIE. Zeszyty te zawierają wykroje odzieży zarówno dla dzieci, jak i dla Pań, rozrysowane na małym arkuszu (trochę podobnie jak w starych Burdach). Muszę Was jednak prosić o odrobinę cierpliwości, ponieważ jeszcze nie znalazłam czasu, żeby zainteresować się jak na tak małej powierzchni można zmieścić na przykład wykrój na damski płaszcz! Jeśli mi się to uda, chętnie poświecę wyjaśnieniom osobną notkę, może nawet coś uszyję.

Widoczne powyżej pozycje książkowe - Chronię, reperuję i przerabiam odzież Ireny Mariańskiej z 1984 roku i Szycie i konserwacja odzieży Stanisława Krysińskiego z 1974 roku - niestety troszkę się przedawniły. Zarówno metody odplamiania odzieży, jak i konstrukcja odzieży zmieniły się z czasem. Obie książki są zabawnym uzupełnieniem krawieckiej biblioteki, możemy na ich podstawie stworzyć wykrój roboczej bluzy, lub dowiedzieć się jak wykroić ze starych spodni taty kombinezon dla dziecka. 
***
Podróż dobiega końca. Mam nadzieję, że Wam się podobała. Przy następnej okazji postaram się zaprezentować serię tkanin z lat 70tych i 80tych. Nie chciałam ich wplątywać w to miejsce, ponieważ pochodzą z zupełnie inaczej psychodelicznej bajki, w której jest znacznie więcej życia i koloru. Ale to jeszcze nie czas. Zaczekajmy na wiosnę. To już niedługo.

DRUNKARDS PATH - patchworkowa poduszka, podejście drugie


W PIJANYM WIDZIE

Jest, udało się! W końcu skończyłam szyć drugą w "karierze" patchworkową poszewkę! Odkąd zobaczyłam ten wzór autorstwa Julianny Gąsiorowskiej w magazynie Quilt na Weekend (nr 1/2016) wiedziałam, że chcę ją uszyć, ale równocześnie, że nie będzie to zadanie łatwe. Poprzednio radziłam sobie z prostymi kwadratami, tutaj na kwadraty składają się dwa elementy szyte po łuku, tworzące wzór drunkard's path (pijacką ścieżkę). Elementy te są dosyć małe, bok gotowego kwadratu ma zaledwie 7 cm. Kwadratów potrzeba aż 64, co oznacza, że do wycięcia jest w sumie 128 elementów. Dla patchworkowych weteranów to zapewne nic wielkiego, dla mnie jednak stanowiło nie lada wyzwanie.

Poszewka jest urodzinowym prezentem dla mojej serdecznej przyjaciółki Mary. Odkąd wróciłam do szycia, co roku staram się sprezentować jej coś własnej produkcji. Dwa lata temu była to wełniana czapka z misiowymi uszami, w zeszłym roku spódnica z połowy koła. W tym roku chciałam zaszaleć i pomyślałam, że patchworkowa poducha, na którą zawsze miałam ochotę, to strzał w dziesiątkę.

Dobór tkanin podyktowany był kolorystyką docelowego wnętrza, w którym panują żywe, intensywne barwy. Skorzystałam w większości z gotowych zestawów tłustych ćwiartek z CraftFabric. Zielenie od razu idealnie się zgrały, z różami musiałam trochę pokombinować i ostatecznie domówić dodatkowy zestaw, co niestety opóźniło cały proces szycia. Wydaje mi się, że warto było czekać i kolory ładnie ze sobą zagrały. W sumie wykorzystałam 23 różne tkaniny.


Poniżej znajdziecie zdjęcia przepikowanej "kanapki". Użyłam cienkiej ociepliny, która została mi po poprzednim projekcie. Pikowanie postanowiłam zachować takie samo, jak zaproponowane w magazynie Quilt na Weekend, czyli "po fali". Moim zdaniem idealnie podkreśla wzór i troszkę odwraca wzrok od miejsc, gdzie wzór nie zgrał się idealnie co do milimetra.

Każda z fal ma pikowanie nicią w pasującym odcieniu. Od lewej strony zostawiłam białą nić.

Już Wam się chwaliłam na Instagramie, jakie fantastyczne tasiemko-metki udało mi się upolować w sklepie Flying Tiger. Tasiemki są bawełniane, mają centymetr szerokości, sprzedawane są w 3 metrowych szpulach i - sami musicie przyznać - są wyjątkowo urocze!

Przy wykończeniach postanowiłam troszkę się pobawić i wypróbować jeden ze ściegów ozdobnych. Poszewka jest pierwszym pacjentem zszywanym na nowej maszynie Janome (o której Wam pisałam w poprzednim poście) i wciąż odkrywam jej zalety i możliwości. Z zaskoczeniem odkrywam także, że jakość maszyny ma realne przełożenie na jakość szycia. Do tej pory podejrzewałam, że wszelkie brzydactwa, czy niechciane krzywizny są wynikiem mojego braku kompetencji. Nie do końca jest to prawda, czym częściowo rozgrzeszam swoje dzieła popełnione na Lidlowym Silvercreście (który jest moim zdaniem wciąż bardzo dobrą maszyną w swoim przedziale cenowym).

Gotowa poszewka prezentuje się w następujący sposób:
***

Kiedy w pamięci zatrze się trauma łączenia setek kawałeczków, z przyjemnością wrócę do patchworkowania. UWAGA, to uzależnia!

Co w 2017 roku?


Ponieważ początek roku niespodziewanie zamienił się w niekończący się koszmar, a nie chcę specjalnie użalać się nad sobą, spróbuję skupić się na radosnych planach na przyszłe miesiące. 
Z niecierpliwością czekam, aż będę miała chwilę dla siebie na szycie. Na razie jest nieźle i napisanie tej notki zajęło mi prawie miesiąc! :)
DO SKOŃCZENIA
PŁASZCZ ANNA - z poprzedniego wpisu. Płaszcz ma "już" kołnierz i jeden rękaw i skończę go akurat na nadejście wiosny. Teraz to już sprawa dumy oraz honoru i choć straciłam większość zapału, wypada go skończyć.

HAWAJSKA BETTY - czyli wersja Landrynkowej Betty w "dżunglowy" wzór. Zasadniczo jest  ona prawie gotowa, potrzebuję chwili czasu, żeby zabezpieczyć zapasy szwów i wszyć zamek, oraz podłożyć spódnicę. Jeszcze nie wiem czy będę wszywać podszewkę w koszulę. Chciałabym, żeby hawajska była naprawdę letnio-zwiewna i gotowa na czas.

WAŻNY TAJEMNICZY PROJEKT - zbliża się początek lutego i urodziny mojej przyjaciółki, więc startuję z nowym, poważnym wyzwaniem. W sumie wszystkie podpowiedzi są widoczne na zdjęciu poniżej. Szyjące koleżanki i koledzy nie będą mieć chyba większego problemu z rozpoznaniem co to może być (zwłaszcza jeśli posiadacie Quilt na Weekend nr 1/2016).
Jak widzicie na poniższym zdjęciu, na razie elementy układanki są różnej urody kulfonami, powstającymi w trakcie gorączkowych ćwiczeń przed nadejściem przesyłki z zamówionymi tkaninami. Wzór, co prawda, nazywa się drunkard's path, jednak nie chciałabym, aby gotowy prezent wyglądał jakby był tworzony po pijaku... Na razie na sześć prób, szósta wyszła prawie dobrze!


NADCHODZI NOWE

PO PIERWSZE MASZYNA - w zasadzie już nadeszła przed świętami, jako mój własny prezent urodzinowy. Ode mnie dla mnie. Z powodów różnych (z których każdy jeden był bardzo pilny i nie znosił zwłoki) nie miałam jeszcze czasu się z nią zaprzyjaźnić. Stawiamy więc pierwsze kroki ze wspomnianym wcześniej drunkard's path i poznajemy swoje możliwości... 
Dlaczego Janome 5060DC? Nie potrafię do końca świadomie na to pytanie odpowiedzieć...  Janome była dla mnie od dłuższego czasu takim snobistycznym fetyszem. Chciałam wygodną maszynę komputerową, trochę kombajn do szycia grubej wełny, ale i cienkiego jedwabiu i sporadycznie czegoś patchworkowego. Po konsultacji z bardzo miłą obsługą internetowego szyj.pl, padło właśnie na ten model. Na razie zbyt wcześnie, abym mogła ustosunkować się do tej decyzji. Jedyne co mogę powiedzieć, to że w porównaniu do Silvercresta, mam trochę mało miejsca pod stopką (nie mylić ze stopą...), ale może to kwestia przyzwyczajenia. 


PO DRUGIE KSIĄŻKA - Vintage Coture Tailoring Thomasa von Nordheima, którą poleciła mi jedyna i niezastąpiona Rvudzik. Ta lektura w bardzo przyjemny sposób satysfakcjonuje mój głód wiedzy w dziedzinie klasycznego szycia damskiej odzieży wierzchniej. Wspominałam Wam ostatnio o serii kursów Essential guide to tailoring Alison Smith na craftsy. Kursy Alison pomagają w krótkim czasie zmierzyć się z tradycyjnymi technikami nadawania odzieży kształtu, trwałości i eleganckiego wykończenia, jednak pozostają na tyle uniwersalne, aby mógł z nich czerpać każdy, kto ma pojęcie o szyciu i konstrukcji w ogóle. 
Natomiast Vintage Coture Tailoring jest na te długie wieczory, kiedy człowiek chce oderwać się od spraw przyziemnych i zgłębiać tajniki prawdziwego rzemiosła. Wspomniana książka Thomasa von Nordheima jest kompletnym kursem szycia żakietu, wyłożonym bez pośpiechu, bo pośpiech przy szyciu nigdy nie jest wskazany.


Od profesjonalnego krawca dostajemy dużo cennych podpowiedzi i wskazówek wypracowanych wieloletnim doświadczeniem. Dużym zaskoczeniem było dla mnie brutalne potraktowanie skrojonej tkaniny żelazkiem parowym i tym sposobem, już na tak wczesnym etapie, nadanie jej przestrzennej formy! 

Szczególnie bliski mojemu sercu jest rozdział o wkładach odzieżowych. Satysfakcjonująca i nie do przecenienia jest w nim ilość informacji raczej trudno dostępna w innych źródłach. Mamy tutaj na przykład fantastyczny przegląd różnego rodzaju wkładów i sztywników, opisanych pod kątem składu, skrętu włókien i często zachowania przy praniu, prasowaniu, krojeniu, szyciu, czy użytkowaniu gotowej odzieży. Rozczarowujące jest natomiast zestawienie różnorodności opisywanych tkanin, ze stanem magazynowym lokalnej, komercyjnej hurtowni tkanin w Polsce. Jeśli chcemy naprawdę zagłębić się w temat tradycyjnego krawiectwa, trzeba liczyć się z koniecznością zamawiania odpowiednich materiałów online, np. z Wielkiej Brytanii.
Lektura pełna jest subtelności, oraz niuansów krawieckich i zainteresowanego tematem czytelnika potrafi trzymać w napięciu niczym dobra beletrystyka! :) Przyznaję, że miałam kila momentów, w których przewidywałam, że wątek potoczy się inaczej niż bym zakładała, ale żal było przewijać stronę, żeby nic ważnego nie uciekło pomiędzy. Oczywiście nie oszukujmy się, nie będziemy zawodowymi krawcowymi po jednym przeczytaniu Vintage Coture Tailoring! Jest to dobra lektura zawodowa na lata i tylko własne doświadczenie może z nas zrobić wartościowego rzemieślnika.

PO TRZECIE KSIĄŻKA - Famous Frocks - The Little Black Dress Dolin Bliss O'Shea, którą otrzymałam w prezencie od tej samej niesamowitej Rvudzik, która poleciła mi poprzednią pozycję (chylę czoła w podzięce po raz kolejny!) :)
Jest to pięknie wydana książka z wykrojami do 20 kultowych już stylizacji. Znajdziemy tu przegląd "małej czarnej" między innymi w wersji a la Coco Chanel, Audrey Hepburn, Grace Kelly, czy Lady Di, wraz z mniej ortodoksyjnymi wariacjami tychże kreacji.
Wykroje,w formacie podobnym do Burdy, ale zdecydowanie bardziej czytelnym, znajdziemy w eleganckiej czerwonej kopercie, po otwarciu okładki.


Kilka modeli budzi szczególną tęsknotę, ale mnie osobiście najbardziej podoba się sukienka w stylu Audrey Hepburn, ta z rozłożystą spódnicą (The Sabrina Dress). Klasyczny szyk z dziewczęcym urokiem w jednym!
KOPERTY - moja obsesja, lub jak kto woli guilty pleasure. Noworoczne postanowienia i kursy walut zmuszają mnie do ograniczenia tego zakupowego szaleństwa. Nie mogłam się jednak oprzeć bajkowej sukni McCall (na zdjęciu poniżej po prawej stronie) niczym z Kopciuszka, którą już przechrzciłam na Grace (od Grace Kelly). Podobno każda dziewczynka chciała być kiedyś księżniczką. Ja odkryłam w sobie taki potencjał dopiero po 30stce! 
Pozostałe dwie koperty skusiły mnie, jakżeby inaczej, przeceną. Sukienka Vogue w stylu lat 60tych obiecuje, że jest łatwa do uszycia. Zobaczymy jaki będzie wynik zderzenia z moją chroniczną skłonnością do komplikowania rzeczy prostych. Koszula natomiast jest koszulą z lat 50tych i w sumie na tym kończy się na razie jej historia, bo po prostu chciałam mieć taki wykrój. 
Uzależnienie od kopert z wykrojami, jak każda choroba, rzecz straszna!

Trzymajcie się ciepło i zdrowo w Nowym Roku! Mam nadzieję, że jeśli macie jakieś oczekiwania w stosunku do przyszłej zawartości tej strony, zostaną one zaspokojone w zadowalającym stopniu! :)

PŁASZCZ ANNA - uzbrojenie na zimę (Postęp Krawiecki 1957) - struktura i kształt




TRADYCYJNE TECHNIKI KRAWIECKIE

Dzisiaj mam bardzo dobrą wymówkę dla smutnego faktu odnoszącego się do częstotliwości pojawiania się nowych wpisów. Otóż szyję płaszcz. Nic wielkiego, ale szyję go tradycyjnymi metodami krawieckimi (głównie ręcznie) i robię to po raz pierwszy w życiu!

Od jakiegoś czasu fascynuje mnie szycie na miarę męskich garniturów i rzędy tajemniczych fastryg pojawiających się na różnych etapach ich szycia. Do tego te dosyć abstrakcyjne formy obce wewnątrz marynarek. Bardzo chciałam dowiedzieć się czegoś więcej i spróbować wykorzystać tę wiedzę w moim domowym szyciu. Poszperałam po sieci i znalazłam (wychwalane przeze mnie już wcześniej) kursy na craftsy, a mianowicie trzyczęsciowy Essential Guide to Tailoring prowadzony przez Alison Smith.

Dzisiaj pokaże Wam efekt mojej pracy w oparciu o pierwszą część kursu - Structure & Shape. Na kolejnych etapach opowiem Wam więcej także o kolejnych - Construction i Finishing


photo via craftsy.com

ZBROJA NA ZIMĘ

Z pierwszej części kursu dowiedziałam się jakie techniki krawieckie są najodpowiedniejsze dla poszczególnych typów materiału i odzieży. Do płaszczy z dosyć ciężkiej i zbitej wełny polecana jest metoda hybrydowa (na zdjęciu powyżej widoczna w środku), polegająca na łączeniu elementów tradycyjnego krawiectwa (model z prawej) z współczesnym "speed tailoring" opartym przede wszystkim o klejonkę, czy flizelinę (model po lewej). Ponieważ mój płaszcz pochodzi z marcowego wydania Postępu Krawieckiego z 1957 roku, postanowiłam trochę wbrew poradom uszyć go w oparciu o tradycyjne metody. Moja wełna jest dosyć zbita, ale wydawała mi się cienka i w miarę lekka, w związku z czym postanowiłam zaryzykować i stworzyć prawdziwy, pancerny płaszcz.

Możecie zapytać o wybór koloru, który nie specjalnie pasuje do mojego typu urody... Płaszcz pierwotnie miał być z granatowej wełny, która po dokopaniu się na spód sterty tkanin, okazała się cienko-sukienkowa. Padło więc na inną wełnę "z dna szafy", bo uparłam się, żeby zacząć uwalniać piętrzące się poza kontrolą zasoby. Miodowej wełny było troszkę mało, więc na kołnierz, odszycie przodów i drobne wstawki dokupiłam pół metra ciemno oliwkowej wełny o podobnej grubości i strukturze (na razie widoczne tylko przy wykończeniu kieszeni).

Forma płaszcza jest dosyć ciekawa. Jak (mam nadzieję) zobaczycie na poniższych zdjęciach, płaszcz jest dosyć taliowany, natomiast w biodrach, pod pachami i na placach jest trochę luzu umożliwiającego swobodne poruszanie się i zakładające istnienie ciepłego swetra pod.


RUSZTOWANIE

Musicie wybaczyć mi te nieładnie odstające szwy na lewej stronie. Będą one wszystkie oczywiście zabezpieczone ściegiem zakopiańskim. Zdjęcia robiłam nagle, korzystając z wyjątkowo przyjemniej aury na zewnątrz i przyzwoitego oświetlenia.

Do rzeczy: jako wkładu postanowiłam użyć płótna lnianego, dosyć lekkiego, ale przy tym sztywnego. Idealny byłby wkład wełniany (włosianka), ale nie udało mi się takowego znaleźć ani przez internet, ani w lokalnych hurtowniach. Jeśli macie sprawdzone miejsca, gdzie włosiankę można dostać, podzielcie się proszę!

Kolorowy materiał wypełniający linię ramion to bawełniana flanela. Niestety wzorek nie będzie widoczny w gotowym płaszczu. Dobór tkaniny można powiedzieć przypadkowy - flanela była kupiona na ciuchach za parę złotych z nieznanym przeznaczeniem.

Z taśmami miałam mały problem. Bawełniana w jodełkę idealnie nadała się do wzmocnienia załamania linii kołnierza, ale za czort nie chciała się modelować w łuki kiedy są traktowałam parującym żelazkiem. Musiałam dokupić taką taśmę, która mi na to pozwoli i stanęło na dosyć cienkiej, ale plastycznej tasiemce poliestrowej. Nie jestem z niej do końca zadowolona, ale chyba spełni swoje zadanie, więc ostatecznie wyszło nie najgorzej.

Całość płaszcza podszyłam płótnem bawełnianym, dzięki czemu mogę pozwolić sobie na zamontowanie tych wszystkich kształtów i warstw w sposób względnie niewidoczny od prawej strony. Mówię względnie, bo na tym etapie przebija dużo fastryg, które znikną z gotowego płaszcza.

Na koniec przedstawiam mojego włochatego pomocnika, który od razu przyleciał na dźwięk otwieranego balkonu :) Do zdjęcia jednak nie chciał zapozować.

CRAFTSY

Z oczywistych względów nie jestem Wam w stanie opowiedzieć ze szczegółami co, jak i dlaczego się dzieję na lewej stronie płaszcza, ale jeśli Wam się to podoba i chcielibyście spróbować zgłębić tę sztukę magiczną, naprawdę polecam Wam zapolować na kursy na Craftsy. Oprócz tych prowadzonych przez Alison Smith jest jeszcze kilka innych propozycji dotyczących modelowania marynarek i żakietów. Jeśli przeraża Was cena, śledźcie promocje, bo przeceny pojawiają się dosyć często i większość kursów spada do ok 20 euro. Warto założyć tam konto i zapisać się do newslettera, bo craftsy lubi robić niespodzianki i np. przecenić dla Was trzy kursy z Waszej listy ulubionych :)

Jeśli macie jakieś pytania, czy wątpliwości, z chęcią postaram Wam się pomóc! 

***

Co myślicie o takim krawiectwie? Czy warto inwestować czas i miękkość opuszek palców na takie zabawy? Z drugiej strony trochę to chyba wyjaśnia dlaczego płaszcze z szafy babci potrafiły przetrwać taki szmat czasu i nie tracić fasonu! Wolicie szybkie rozwiązania na jeden sezon, czy tradycję na lata? :) 

Ja chyba coraz bardziej lubię dłubaninę, pokłute palce i choć wciąż popełniam proste błędy, to porywam się z motyką na księżyc. Nie umiałabym inaczej... :)

VINTAGE WYKROJE KRAWIECKIE - Gdzie szukać i co kupować?



O tym wpisie myślałam od dłuższego czasu. Chciałam się z Wami podzielić moimi bardzo subiektywnymi spostrzeżeniami odnośnie wykrojów krawieckich sprzed kilku dekad. Mam nadzieję, że pomimo osobistego charakteru wpis pomoże Wam lepiej zorientować się w dostępnych źródłach. Jestem też bardzo ciekawa Waszych historii i doświadczeń. Jakie są Wasze ulubione magazyny z wykrojami? Szukacie lokalnie, czy buszujecie po sieci? Które wykroje są Waszym zdaniem najbardziej niezawodne?

Tymczasem zapraszam na moje "top 3".

***

NUMER 3
BURDA, ASTRA MODE, BEYER MODEN, NEUE MODE
(niemieckie magazyny z wykrojami)


Ta stara dobra Burda... :) Niemieckie magazyny z wykrojami cieszą się dosyć dużą popularnością i są raczej łatwo dostępne. Za parę złotych można je upolować na targach staroci (moja babcia kupowała mi Beyer Mode w niedzielę na krakowskiej Hali Targowej) i aukcjach internetowych. Pamiętajcie, aby sprawdzać przed zakupem, czy gazety zawierają arkusze w wykrojami! Jest też duże prawdopodobieństwo, że jak rozsiejecie wieści, że zabieracie się za szycie retro kiecek, mama którejś z przyjaciółek podaruje Wam swoją zakurzoną kolekcje Burd.
Niestety wykroje w starych Burdach (i jej podobnych) są zazwyczaj w jednym lub dwóch rozmiarach. Są to zazwyczaj DUŻE rozmiary, 40+Oznaczenia rozmiarów są na szczęście zbliżone do współczesnych. Nie dajcie się zwieść zdjęciom ze smukłymi modelkami prezentującymi odzież. Wystarczy spojrzeć na ilustrację poniżej, gdzie piękną trapezową sukienkę w rozmiarze 42/46 prezentuje Pani na oko 36... Modele jak ten mają dosyć skomplikowaną konstrukcję dla niewprawionej krawcowej i zmniejszanie o kilka rozmiarów takiej ilości elementów może okazać się kłopotliwe. Sama nigdy się na to nie pokusiłam, choć poniższa sukienka strasznie mnie kręci. Jeśli jesteście ciekawi rekonstrukcji modeli z niemieckich gazet, zajrzyjcie koniecznie na blog Marchewkowej.


Tak się prezentuje szablon z wykrojami z Burdy z 1969 roku. Ze względu na pojedyncze rozmiary jest dużo bardziej przejrzysty niż współczesne. Poza tym niewiele się zmieniło :)




***
NUMER 2
POSTĘP KRAWIECKI, MODNE KRAWIECTWO
Wykroje metodą procentową


Jest to pozycja dla odważnych i dosyć zaawansowanych w temacie krawiectwa i konstrukcji odzieży. Dlaczego postanowiłam przyznać tym wykrojom tak wysoką pozycję? Ponieważ pozwala na stworzenie oryginalnego i niepowtarzalnego wykroju dopasowanego do naszej sylwetki. Szycie na miarę przebiega troszkę inaczej niż przy gotowym wykroju, ponieważ musimy umieć dobrze zdjąć miarę, a co więcej wiedzieć co mierzymy, ponieważ instrukcja każe nam obliczyć procent z takich długości jak np. głębokość pachy, obwód pachy, czy szerokość szyi. 
Odcinki wypisane są w kolejności rysowania, a obok opisu konstrukcji znajdują się rysunki techniczne w określonej skali, dlatego samodzielne wyrysowanie wykroju w skali 1:1 teoretycznie nie jest trudne. Nic tylko brać centymetr i linijkę w jedną dłoń i kalkulator w drugą!
Dobre przeliczenia nie uchronią nas jednak przez zrobieniem formy próbnej. Ponieważ dużo łuków robimy "na oko" może okazać się, że rękaw nie daje się ładnie wdać, lub kołnierz troszkę źle leży. Taki model testowy pozwala nam wykryć wszelkie potencjalne mankamenty konstrukcji i wprowadzić odpowiednie poprawki. Syzyfowa praca - możecie powiedzieć - i tak rzeczywiście jest. Same musicie ocenić, czy satysfakcja z tak oryginalnej i niepowtarzalnej odzieży własnego wykonania jest warta całego zachodu.
Ja się nie zniechęcam, choć raz mnie już płaszcz "Postępu Krawieckiego" pokonał. Obecnie pracuję nad innym modelem z tego magazynu, do którego udało mi się stworzyć i przetestować wykrój. Jutro zabieram się za krojenie kolorowej wełny i możecie spodziewać się małej relacji z procesu szycia :) Płaszcz powstanie do modelu D41 z marcowego wydania "Postępu.." z 1957 roku. W poprzednim poście możecie podglądnąć miniaturę płaszcza w skali 1:6! :)

Niewątpliwym minusem tej opcji jest dostępność starych polskich magazynów krawieckich. Dobrym pomysłem jest pogrzebać po targach staroci, lub tradycyjnie w sieci. Niestety "Postęp", który pojawił się niedawno na allegro po prostu powala ceną i trzeba być albo bardzo szalonym, albo bardzo bogatym, bo cena za 5 sztuk, to prawie 300zł. Przy odrobinie wytrwałości można upolować pojedyncze egzemplarze po 20-30zł. Większość mojej kolekcji pochodzi jednak od dobrego znajomego, który pamiętając o mojej pasji do szycia, uratował stos magazynów przed smutnym końcem w kominku. Część z tych zdobyczy prezentowałam Wam w poście tutaj

Poniżej podrzucam poglądowy obrazek sukienki z jednego z numerów "Modnego Krawiectwa". Jeden z niewielu przykładów, gdzie mamy dołączone zdjęcie kreacji na modelce. Całkiem zgrabna sukienka, prawda?




***
NUMER 1 
AMERYKAŃSKIE MAIL ORDER PATTERNS
(McCall, Simplicity, Butterick, Vogue, Progressive Farmer, itp)

czyli moje najukochańsze "wykroje kopertowe". Koperty wygrywają u mnie na wielu płaszczyznach - są  dostępne naprawdę różnorodne kroje z różnych dekad, wdania te zawierają jasny i czytelny opis procesu szycia ze szczegółowymi danymi dotyczącymi np. zużycia materiału, a pergaminy z elementami wykroju mają doliczone zapasy szwów i bardzo dobrze naniesione wszystkie oznaczenia. Oryginalne wydania kopertowe były jedno-rozmiarowe, dlatego warto wiedzieć jak wybrać właściwy rozmiar. Zmierzcie obwód klatki piersiowej (nie biustu!) prowadząc centymetr na wysokości pach i przeliczcie ile to cali. Kupujcie koperty, na których "bust size" jest równy Waszym wyliczeniom, ponieważ rozmiarówka (podawana jako size) jest różna w zależności od dekady i producenta. Więcej informacji i porad możecie znaleźć na blogu Gertie, która tworzy retro wykroje dla McCalls.
To prawda, że stare wykroje były projektowane na trochę inne sylwetki, dlatego zawsze (nie tylko w przypadku wydań kopertowych) warto zmierzyć wykrój na płasko, wprowadzić ewentualne modyfikacje i zrobić model próbny (na przykład ze starego prześcieradła). 
Szycie na podstawie wykrojów kopertowych to czyta przyjemność, jednak ich nabycie i użytkowanie związane jest z kilkoma utrudnieniami. Wydania kopertowe są u nas raczej mało popularne, stąd najlepiej poszukać ich na ebay'u. Cena za jedną kopertę bywa bardzo różna i waha się od ok 20 zł nawet do 100 zł. Ja decyduje się na koperty które kosztują 27-35zł, na tyle moim zdaniem warto ustawić górną granicę cenową pamiętając, że za wysyłkę z USA zapłacimy kolejne paręnaście złotych. Dla jednego drogo, dla drugiego tanio, dlatego warto uzbroić się w dobrą strategię. Ja staram się kupować zawsze różne kroje, z różnych dekad i po kilka od jednego sprzedawcy, aby poprosić o tzw combined shipping, czyli łączny koszt wysyłki. 
Utrudnieniem może okazać się także opis w języku angielskim, choć ilustracje dosyć dobrze prowadzą nas przez proces szycia i bez czytania tekstu średnio doświadczona krawcowa powinna poradzić sobie z co prostszym krojem.

Zawsze po otrzymaniu przesyłki należy sprawdzić czy koperta jest kompletna - czy zawiera złożoną kartę z instrukcjami i wszystkie elementy! Ponieważ pergaminy z elementami wykroju potrafią przetrwać w nienagannym stanie długie lata, warto przed rozpoczęciem szycia skopiować je na półpergamin, aby te oryginalne posłużyły kolejnym pokoleniom :) Innym pomysłem na przedłużenie żywotności wykrojów jest naprasowanie ich na cienką flizelinę (ten pomysł podpatrzyłam w jednym z filmików Alison Smith na craftsy)

Zdaje sobie sprawę, ze mój numer jeden może być dla wielu z Was dosyć kontrowersyjny ze względu na dostępność i cenę, jednak moim zdaniem warto czasem zainwestować trochę czasu i pieniędzy na tego typu wykroje i przekonać się na własnej skórze jaki to świetny wynalazek i dlaczego cieszył się przed laty taką popularnością.


***

Czegoś brakuje? Nie znalazłaś informacji, której szukałaś? Zostaw proszę komentarz, a postaram się jak najszybciej odpowiedzieć i uzupełnić informacje :)