DZIENNICZEK POSTĘPÓW - dziewczyna lotnika i plany na lato


DUŻE RADOŚCI

Spieszę donieść co następuje: prace nad sukienką w stylu lat 40stych nadal trwają i dobrze rokują na najbliższą przyszłość. Lejąca wiskoza została ujarzmiona za pomocą krochmalu w spray'u (do kupienia np. w większych sieciówkach). Popryskałam nim niektóre bardziej nieposłuszne elementy przed rozpoczęciem szycia, co znacznie poprawiło komfort pracy. 
Po raz kolejny zmierzyłam się też z takimi fajnymi elementami konstrukcji, jak rękawki krojone z karczkiem, z ostrymi kątami (widać ten element na zdjęciu u góry). Te ostre zakręty wzmocniłam jedwabną organzą (którą mam obecnie tylko w kolorze liliowym, ale po zamknięciu szwów jest  i tak prawie niewidoczna; lewą stronę pokażę Wam w kolejnym poście) i drobnym ściegiem, o tak:

a potem jeszcze wszystkie szwy wzmacniałam taką taśmą:

Pomimo dużej ilości łagodnego krochmalu do koszul, efekt początkowo nie powalał i rzecz przypominała bardziej ścierę do podłogi.

Sytuacja dosyć magicznie się odwróciła, kiedy podszyłam rękawki bawełnianą lamówką i nagle, ku mojej dumie i uciesze, koszula przybrała formę koszuli.

Koszula obecnie posiada już okrągły kołnierzyk - wierzch krojony po skosie, dół wzdłuż brzegu i wzmocniony flizeliną i prezentuje się jak na zdjęciu tytułowym, czyli w następujący sposób:

Nie mogę się doczekać skończonej wersji! Właśnie wróciłam z pracy z głęboko zakorzenioną chęcią dalszej walki!
MAŁE SMUTECZKI


Niestety na tę chwilę pokonał mnie żółty, kwiatowy żakard i prace nad sukienką prezentowaną w poprzednim dzienniczku zostały wstrzymane do odwołania. Próbowałam ratować nieposłuszną górę, sprułam zaszewki, podkleiłam flizeliną, ale całość tak się powyciągała w trakcie, że w zasadzie nadawała się do wyrzucenia i skrojenia ponownie. 
Nie zmierzam całkowicie rezygnować z tego wykroju. Myślę, że dam mu odleżeć i zabiorę się do niego za jakiś czas ze świeżym podejściem.

PLANY NA LATO

Planuję w niedalekiej przyszłości wrócić do troszkę zapomnianej przeze mnie Burdy! Sukienki sukienkami, marzą mi się proste, luźne spodnie z lnu, takie do sandałków i dowolnej góry. Zawsze podobały mi się te z numeru 4/2000, model 112 (we wszystkich wariacjach).

Muszę też pomyśleć o szortach, ponieważ moje cztery litery nie mieszczą się w żadne ze spodenek z poprzednich lat... Nie oszukujmy się - nie zanosi się na to, żeby w najbliższym czasie coś miało się w tej sprawie drastycznie zmienić. Myślę, że zdecyduję się na model 111 z czerwcowego wydania Burdy z 2011 roku i może odzyskam jakąś starą tkaninę odziedziczoną po babci? :)

via burda.pl
Ahoj, przygodo!

Hawajska Betty w starym kinie


Zgodnie z wcześniejszą obietnicą prezentuję Wam Hawajską Betty na żywym organizmie. Zdjęć jest mało i nie są do końca tym, o czym myślałam, ale mam aktualnie małe problemy ze sprzętem i przejściówką w aparacie (do tego zdjęcia robił dosyć poirytowany sytuacją Łukasz). Mam nadzieję, że kolejne realizacje przebiegną znacznie sprawniej.
O samej sukience pisałam już obszernie w jednym z poprzednich postów, a zdjęcie tytułowe powędrowało na Instagrama. Wreszcie zrobiło się ciepło i mogę potwierdzić - sukienka jest bardzo wygodna i bardzo dobrze sprawdza się w wysokich temperaturach. Dosyć zjawiskowo prezentuje się też na wietrze, choć na szczęście bez efektu Marilyn Monroe.
Dodam jeszcze, że wszystkie dodatki, które widzicie na zdjęciach są zbiorami vintage. Okulary dostałam od mojej przyjaciółki Mary (nosiła je kiedyś jej babcia), buty dostałam od koleżanki z pracy Marysi (prowadzimy w biurze fajną wymianę barterową przedmiotów ładnych, które z jakiegoś powodu nie są nam potrzebne, albo nie pasują), pasek mam po osobistej babci, a drewnianą bransoletkę chyba przejęłam od mamy. Torebkę widoczną na jednym z ostatnich zdjęć kupiłam w second handzie. 
Nie znam się na modzie, ale lubię gromadzić rzeczy ładne i z historią. Cała stylizacja jest przeglądem co najmniej kilku dekad... Wciąż mam wątpliwości co do tych muszych okularów, ale podobno nie są takie złe jak mówię. Nie wiem, oceńcie sami :)





DZIENNICZEK POSTĘPÓW - dwie letnie sukienki i dawno niewidziany płaszcz Anna



Uszycie czegokolwiek zajmuje mi sporo czasu. Dzieje się tak z różnych przyczyn. Czasem nie mam czasu, weny twórczej, nie chce mi się, bo wolę grać w grę, pracuję, muszę posprzątać, tudzież zrobić coś innego w domu, albo po prostu natrafiam na problem, który musi swoje odleżeć, żeby się rozwiązać. Potem udaje mi się skończyć projekt, albo wręcz przeciwnie i czuję się zobowiązana tłumaczyć z efektów wszystkim, których poinformowałam o jego istnieniu. W przypadku rzeczy, które rzeczywiście skończyłam powstają przydługie notki na blogu, które mają zbyt wiele dygresji z procesu szycia i których nikt nie chce czytać.
Postanowiłam, że rozwiązaniem będą wpisy z serii Dzienniczka postępów, w których z czystym sumieniem mogę się spowiadać z tego co nie poszło, dlaczego nie poszło, albo dlaczego tak długo nie idzie. Jeśli Was interesują tylko projekty, które udało mi się zakończyć względnym sukcesem, możecie chcieć pomijać te posty.

TRUDNE SPRAWY


Oto dawno niewidziany płaszcz Anna. Projekt na podstawie wykroju z Postępu Krawieckiego z 1957 roku. Oddałam mu dużo serca i czasu. Dlaczego chwilowo zarzucony? Powód jest prosty: zajął mi tyle czasu, że przyszła kalendarzowa wiosna i postanowiłam przerzucić się na letnie sukienki, żeby zdążyć wbić się w sezon. 
Płaszcz zdecydowanie chcę skończyć, choć jest kilka rzeczy, które już teraz wiem, że spartaczyłam. Po pierwsze kołnierz. Nie układa się tak jak powinien i nie mam pojęcia co jest przyczyną. To znaczy wiem, że jest to błąd konstrukcji, ale nie wiem dokładnie co zrobiłam źle. Kołnierz troszkę marszczy się na ramionach. Myślałam, że wyeliminowałam problem po skorygowaniu modelu próbnego, ale niestety nie do końca. Jeśli się uda, postaram się zabrać płaszcz na wieś, do starszego Pana Krawca, po którym odziedziczyłam Postępy Krawieckie i być może to rozwieje tę zagadkę. Na razie jest jak jest. Mogło być gorzej!
Drugą rzeczą, która już mnie troszkę irytuje, jest ilość materiału przy wypustkach kieszeni. Wydawało mi się, że dbałam o eliminacje zbędnych warstw, ale okazało się, że w rogach zrobiły się małe bulki. To jest problem z rzędu głupi nie zauważy, a mądry będzie myślał, że tak miało być, ale ja wiem jak jest i spędza mi to sen z powiek. 
Aha, i zapomniałabym - rękaw jest do poprawy. Chodzi mi o ten fragment u góry, gdzie powstały mini fałdki. 
Ta ciemna plama z prawej strony to wierzchnia warstwa kołnierza, w kolorze ciemnej zieleni (czego nie widać na zdjęciu). Wyłogi będą w kolorze wypustek kieszeni i tej rzeczy u wylotu rękawa, której nie potrafię nazwać (wiem, wstyd!).

LATO, CIEPLEJSZY WIEJE WIATR


Pierwsza bezimienna sukienka ma powstać na podstawie wykroju z lat 60tych. Mowa o Vouge 5497. Stosunkowo prosty krój, niespecjalnie dopasowany w talii, łódkowy dekolt. Sukienkę skroiłam z pięknego żakardu, który dostałam od Rvdzik. Motyw kwiatowy, troszkę wypłowiałe kolory, lato jak nic. Wszystko pięknie, tylko okazuje się, że ten żakard wcale nie chce mnie słuchać.
Problem pojawił się, kiedy zszyłam zaszewki...

Żakard jest na tyle lejący, że przy zaszewkach wyprawia co che i układa się co najmniej dziwnie. Rzeczone zaszewki zamierzam spruć, a górę przodu podkleić i uspokoić lekką flizeliną. Mam nadzieję, że to pomoże rozwiązać problem. Jeśli nie, sięgnę po tkaninę do zadań specjalnych i podszyję ten element jedwabną organzą. 
Nie chciałabym rezygnować z tej tkaniny. Spójrzcie jak pasuje to tego kroju! 
(Wszystko oprócz zaszewek na razie spięte szpilkami)

BURZLIWE LATA 40STE


Na koniec sukienka Simplicity 1595, która jak do tej pory nie przyniosła mi żadnych powodów do narzekań, ale też jeszcze nie zaczęłam jej szyć. 
W sumie to zaliczyłam epizod w krojeniem na podwójnie złożonym materiale, kiedy to odkryłam z paniką, że zużyłam ponad połowę tkaniny, a kluczowe (i największe) elementy sukienki wciąż leżą nieskrojone. To był jeden z tych problemów, które musiały odleżeć swoje i do których wróciłam uzbrojona w kilka magicznych zaklęć i jakoś się udało! 
Na razie poświęciłam sporo czasu na podklejenie krytycznych elementów cienką flizeliną i przeniesienie oznaczeń z wykroju na materiał. Ponieważ moje szycie następuje w nieregularnych interwałach czasowych, uznałam, że najskuteczniejszą metodą będzie tradycyjna fastryga. Znacie metodę pętelkowania? (tak serio, to nie wiem, czy  to się tak poprawnie po polsku nazywa...)

Przez linię na wykroju, którą chcę przenieść na materiał przeprowadzam luźno fastrygę pozostawiając pętelki:

Kiedy oddzielam wykrój od tkaniny, mam długie odcinki nitek, które delikatnie odcinam przy samym pergaminie.

Tym sposobem mam zaznaczone osobnym kolorem nitki linie zagięcia materiału i środek przodu. Fastryga jest łatwa do usunięcia, sto razy bardziej precyzyjna niż kreda krawiecka i bardziej trwała niż flamastry 24h.

Kilka słów o tkaninie: jest to (o ile pamiętam) wiskoza. Bardzo lekka, zwiewna i trochę trudna do ujarzmienia. Na tyle, że rozważałam zakup krochmalu w spray'u, ale chyba już zawarłyśmy rozejm. Kupiłam ją w ABAKHAN w Chester, kiedy odwiedzałam mamę parę lat temu. Urzekł mnie ten drobny wzór samolotów i bardzo chciałam z niej uszyć sukienkę na krakowski Piknik Lotniczy! Impreza odbędzie się 24/25 czerwca i chcę wierzyć, że zdążę :)

***
Tyle w pierwszym odcinku zwierzeń Wery z ujarzmiania nowych wykrojów i tkanin! Postaram się, aby kolejne wpisy z tej serii równie mocno mroziły krew w żyłach ;)
Tymczasem pozdrawiam i życzę spokojnego popołudnia!


TWIN STARS - papierkowa robota, czyli patchwork - podejście trzecie


TWIN STARS

Dzisiaj przedstawiam Wam wprawki do pierwszej patchworkowej kołderki, którą planuję uszyć - Scrappy Star Quilt. Projekt jest autorstwa Angeli Walters i, UWAGA, jest dostępny bezpłatnie na craftsy.com! Do uszycia moich podszewek użyłam wzoru dużych gwiazd i dodałam do nich "ramkę" w kolorze tła tak, aby całość dała poszewki pasujące na poduszki o rozmiarze 40 x 40 cm.

TECHNIKA PAPER PIECING

Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się patrzyć na bardzo skomplokowane, idealnie dopasowane wzory patchworkowe? Myśleliście wtedy, że trzeba być mistrzem najwyższego stponia wtajemniczenia, żeby robić takie cuda? Niekoniecznie. Prawdopodobnie widzieliście wzór uszyty przy użyciu techniki paper piecing. Co to takiego? Polecam Wam odcinek Midnight Quilt Show Angeli Walters, w którym zobaczycie krok po kroku jak uszyć całą kolderkę Scrappy Star Quilt.
W telegraficznym skrócie: technika ta poleca na układaniu i naszywaniu kolejnych elementów wzoru na paperowy szablon. Szablon ma zaznaczone zapasy szwów, oraz kolejność naszywania łatek. Jest to naprawdę super prosty i szybki sposób na tworzenie bloków quiltu. Więcej czasu zajęło mi przejście do drugiego pokoju, gdzie grzało się żelazko, niż naszycie kolejnych łatek!

Szablon wygląda jak na poniższym obrazku. Jest to jedna czwarta gwiazdy:

via craftsy.com
Na czym polega magia? Kładziemy materiał bazowy (tła) tak, aby pokrywał cały szablon z zapasami (step 1). Dodajemy mały pasek tkaniny prawą stroną do prawej strony takaniny tła, przeszywamy wzdłuż linii zaznaczonej na szablonie (między step 1, a step 2), odcinamy nadmiar, idziemy do żelazka i powtarzamy wszystko analogicznie z kolejnym elementem (step 3).
Kiedy kończymy blok dopadają nas wątpliwości, bo nie przypomina on absolutnie niczego. Przypadkowe szmatki na przypadkowej szmatce. I wtedy odwracamy blok na lewą stronę, gdzie wciąż znajduje się nas szablon i z tyłu głowy słyszymy grajacą cichutko anielską trąbkę. Odcinamy cały nadmiar znajdujący się poza zapasami szablonu. Rozstępują się niebiosa i pada na nas boski promień łaski. Blok wygląda idealnie!

Kompletujemy pozostałe trzy bloki przy akompaniamencie narastajacej niebiańskiej muzyki, aż nagle powstaje nasza piękna, idealna gwiazda.

aaaaaaaAAAAAAAAAAAAAAAAAAA

Chóry anielskie stają się coraz głośniejsze. Zaprasowujemy zapasy po raz ostatni i odwracamy nasze dzieło na prawą stronę, żeby odkryć, że wszystkie punkty styczne się zgadzaja.

AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAA
Następuje kulminacyjny moment utworu muzycznego. To jeszcze nie koniec, ale zdecydowanie wydarzyło się właśnie coś ważnego.

Nie napiszę Wam o dodawaniu ramek, bo ramki są nudne. Napiszę Wam o pikowaniu, ponieważ pikowanie jest znacznie bardziej interesujące. Zdecydowałam się na geometryczny wzór naśladujący naszyte elementy. Decyzja dyktowana brakiem stopek do pikowania (wiem, nadrobię po wypłacie). Wzornictwo wyszło bogate i nie wiem jak Wam, mnie się bardzo podoba! 


GWIAZDY ODCINKA

Oto one. Dwie poszewki Twin Stars.
  




ANGELA WALTERS

Jeśli podobają Wam się moje poduchy, chcielibyście się zabrać za coś podobnego, ale wciąż się boice, albo po prostu jeszcze nie słyszeliście o Angeli, koniecznie zajrzyjcie na jej stronę - Quilting Is My Therapy. Zachęcam też do śledzenia kanału Craftsy na youtubie, aby być zawsze na bieżąco z nowymi odcinkami fantastycznego Midnight Quilt Show. Angela prowadzi także swój własny kanał na youtubie, gdzie znajdziecie bardzo dużo podpowiedzi jak ułatwić sobie życie i szycie podczas tworzenia quiltów.

MATEMATYKA GUZIKA I TEORIA DZIURKI (dla koszuli lub bluzki)

Czy kiedykolwiek zdarzyło Wam się podczas szycia koszuli, czy bluzki mieć problem z rozmieszczeniem guzików i dziurek? Zastanawialiście się kiedyś jak przesunąć guziki, albo zamienić pionowe dziurki na poziome? 
Mnie to spotkało przy okazji szycia Hawajskiej Betty. Jej pierwowzór, Landrynkowa Betty, posiada trzy guziczki z pionowymi dziurkami - tak jak na wykroju.
Listwy zapięcia uszyłam z dosyć sztywnej bawełny z domieszką lnu. Odszycie przodów wzmocnione jest flizeliną, a dziurki taśmą, której zapasy obcięłam. W takim wydaniu mogłam sobie pozwolić na zaledwie trzy guziczki z pionowymi dziurkami. Co jednak z letnią wersja sukienki szytą z cienkiego batystu? 
Przy Hawajskiej Betty postanowiłam zrobić poziome dziurki, które znacznie lepiej sprawują się przy lekkich tkaninach i lepiej znoszą naprężenie materiału. 
MATEMATYKA GUZIKA
Rozmieszczenie guzików jest w dużej mierze sprawą indywidualną i zależy od wielu elementów projektu nad którym pracujemy, jest jednak kilka zasad, czy też dobrych praktyk, które sprawią, że gotowe ubranie będzie funkcjonalne i estetyczne.
Posłużę się przykładowym rysunkiem wykroju przodu z dwoma pionowymi zaszewkami. Wasz przód będzie oczywiście wyglądał inaczej, ale powinien być podobny pod kilkoma względami. Najważniejsze jest, aby na wykroju był zaznaczony środek przodu (center front), oraz tzw. bust point, czyli najbardziej wypukły punkt biustu. 
Jeśli korzystacie z gotowego wykroju, środek przodu powinien być na nim zaznaczony - przy jednorzędowym zapięciu będzie to zazwyczaj linia prosta przebiegająca przez punkty oznaczające rozmieszczenie guzików.
Bust point możemy łatwo zaznaczyć przykładając papierową formę, bądź model próbny do ciała. Jeśli czujecie się na siłach, można również zaznaczyć go ściągając miarę centymetrem krawieckim.
Bust point wyznacza nam pozycję pierwszego guzika. W tym miejscu chcemy mieć pewność, że nic nie wypadnie, ani nie zostanie niespodziewanie odsłonięte!
Aby wyznaczyć pozycję guzika, wystarczy przeprowadzić linię prostopadle do środka przodu, przechodzącą równocześnie przez wierzchołek biustu (bust point). Jeśli brzmi to zawile, poniższy obrazek powinien rozwiać wątpliwości. Punkt przecięcia linii będzie środkiem pierwszego guzika.
Dobra praktyka mówi, że brzeg górnego guzika powinien znajdować się 6mm od górnego brzegu bluzki. To nam daje elegancki odstęp od krawędzi, ale równocześnie sprawnie zamyka zapięcie pod szyją. Nic nie powinno odstawać.
Na wykroju zaznaczamy środek guzika: 6mm odstępu, plus połowa średnicy guzika. Jeśli nasz guzik ma, powiedzmy, średnicę 14 mm, połowa to oczywiście 7mm. Na linii środka przodu (center front) odmierzamy 13mm - 6mm odstępu od krawędzi, plus połowa średnicy guzika, czyli 7mm. Tym sposobem mamy zaznaczone położenie dwóch pierwszych guzików. 

Rozmieszczenie pozostałych guzików, to już kwestia naszej wyobraźni. Najłatwiej i najbardziej klasycznie będzie wyznaczyć guziki w regularnych odstępach od siebie. Kwestia tego, czy pomiędzy górną krawędzią, a wierzchołkiem biustu będzie jeden, dwa, czy inna ilość guzików, zależy od nas. Decydującym czynnikiem będzie wielkość guzików, konstrukcja bluzki, rodzaj tkaniny i nasza wizja, jako projektanta.
Tak, czy inaczej, sprawa przedstawia się prosto. Punkty A i B (rysunek poniżej) mamy już wyznaczone, należy je zmierzyć. Jeśli, dajmy na to, odległość pomiędzy środkami guzików A i B wynosi 14 cm, to guzik C umieścimy w równej odległości pomiędzy A i B, czyli 7 cm od każdego. Jak pamiętacie, nasz guzik miał średnicę 14 mm co oznacza, że przy tym scenariuszu mamy 56 mm odstępu pomiędzy brzegami kolejnych guzików. To może być dobra odległość jeśli szyjemy bluzkę na przykład z grubszej, stabilnej bawełny.
Jeśli pomiędzy A i B chcemy umieścić jeszcze dwa guziki, to nasze 14 cm podzielimy na 3 równe odcinki, co nam da ok 47 mm odległości pomiędzy środkami guzików. W tej wersji odległość pomiędzy brzegami guzików wyniesie już tylko 33 mm! Tak gęste rozmieszczenie guzików może pomóc utrzymać w ryzach cienki batyst, podobnie jak w przypadku mojej Hawajskiej Betty.

Pozostałe guziki poniżej wierzchołka biustu zaznaczamy na linii środka przodu według schematu, który obraliśmy w poprzednim kroku. 
Odległość ostatniego, dolnego guzika, od dolnego brzegu bluzki to kwestia otwarta. Znów - będzie to zależeć od naszej estetyki, konstrukcji bluzki, ale i od tego w jakiej odległości zdecydujemy się rozmieścić guziki powyżej środka biustu. Jeśli dolny guzik nie wygląda dobrze, jest za daleko, albo za blisko dolnego brzegu, trzeba przemyśleć całą koncepcję raz jeszcze. Może warto zmniejszyć, lub zwiększyć odległość pomiędzy guzikami? Być może któryś guzik nie musi być umieszczony w równej odległości od innych? 

TEORIA DZIURKI

Matematykę guzika mamy za sobą, teraz czas zabrać się za oznaczanie dziurek. Dziurka jaka jest, każdy widzi. Zazwyczaj jest pozioma, lub pionowa. Pionowe dziurki mają to do siebie, że łatwo je wyznaczyć, ale nie zawsze będą w stanie znieść naprężenie materiału (czy kiedykolwiek rozpinały Wam się guziki w koszuli w miejscu, w którym nie powinny?), natomiast teoria mówi, że poziome dziurki są w tej kwestii stabilniejsze. Niestety są też troszkę bardziej skomplikowane do rozmieszczenia.
Zasada mówi, że przy płaskich guzikach koszulowych małej i średniej wielkości, dziurka powinna być o 3 mm szersza, niż średnica guzika. Te 3 mm luzu są potrzebne, aby guzik, który nigdy nie jest zupełnie płaski, mógł elegancko przejść na drugą stronę. Możecie sprawdzić, czy przy użyciu stopki do wyszywania dziurek, po zamontowaniu do niej guziczka, powstanie dziurka o 3 mm szersza niż jego średnica. Powinna :)

Jak wspominałam, pionowe dziurki są bardzo łatwe do zaznaczenia. Cała filozofia polega na tym, że pionowa dziurka powinna być po prostu wyśrodkowana względem guzika. Nasz przykładowy guzik miał 14 mm, co oznacza, że dziurka powinna być o 3 mm szersza. Daje nam to łącznie 17 mm. 17 mm nie dzieli się ładnie przez pół, ale na wykroju zaznaczymy na linii środka przodu odcinki po ok 8,5 mm względem środka guzika. Te dwa punkty będą naszymi brzegami dziurki. 
Przy poziomych dziurkach jest inaczej. Na wykroju mamy zaznaczony środek guzika i linię środka przodu. Na wysokości środka guzika najlepiej będzie wyznaczyć linię pomocniczą prostopadłą do linii środka przodu. Na tej linii będzie znajdowała się dziurka do guzika. Cały trik polega na tym, że 3 mm luzu dodajemy po jednej stronie od środka guzika w kierunku brzegu zapięcia. Pozostałą długość (równą średnicy guzika) dodajemy po drugiej stronie, od strony szwu bocznego. Znów, brzmi to dosyć zawile, ale poniższa ilustracja powinna pomóc.

Na poniższej ilustracji zaznaczyłam czerwonymi X środki guzików i niebieskimi liniami rozmieszczenie dziurek. Być może zastanawialiście się dlaczego na moim przykładowym wykroju jest zaznaczona listwa zapięcia przodu. Nie bez powodu. Przy bluzkach, czy koszulach z zapięciem, które znajduje się na listwie, trzeba pamiętać, że jeśli zdecydujemy się na poziome dziurki, to im większy wybierzemy guzik, tym jeden z brzegów dziurki będzie bliżej brzegu listwy. 
Być może jest to oczywiste, ale wierzcie mi, że w ferworze projektowania i szycia łatwo przeoczyć ten fakt. Jeśli przyjrzycie się zapięciu w Hawajskiej Betty zobaczycie, że poziome dziurki bardzo niebezpiecznie zbliżają się do brzegu listwy... Otóż drewniane guziczki wygrzebałam z domowych zapasów, beztrosko je wszyłam, po czym przy odmierzaniu i nanoszeniu dziurek (tak, robiłam to na uszytej górze koszulowej!) z przerażeniem zauważyłam, że od brzegu listwy dzielą mnie milimetry. Dramatu nie ma, ale parę milimetrów guzika więcej i dziurki albo przecinałyby brzeg listwy, albo były pionowe i groziły rozciągnięciem i permanentnym rozpinaniem się. 

Dużo gadania za mną, ale mam nadzieję, że ilustracje rozwiązują wszelkie niejasności (a nie na odwrót). 

Z racji wielkości i grubości, guziki i dziurki do płaszczy, czy żakietów rządzą się troszkę innymi prawami. Być może w przyszłości stworzę podobny wpis poświęcony właśnie tego typu zapięciom, ale pozwólcie, że najpierw sprawdzę swoje informacje w praktyce ;)

Jeśli o czymś zapomniałam, coś przekręciłam, z czymś nie możecie się zgodzić, dajcie znać w komentarzu. Jestem tylko człowiekiem :)

HAWAJSKA BETTY - sukienka w stylu lat 50tych; wydanie drugie



SIOSTRA BLIŹNIACZKA

Hawajską Betty, ochrzczoną także jako Jungle Betty, uszyłam na podstawie tego samego wykroju co prezentowaną wcześniej na blogu Landrynkową Betty. Urzekł mnie w tym modelu przepiękny, oryginalny krój koszulowej góry, szeroka spódnica sięgająca do połowy łydki i przede wszystkim wygoda w noszeniu.
Sukienkę uszyłam z cienkiego bawełnianego batystu kupionego dawno temu w hurtowni Natan. W zasadzie wybór było oczywisty z prostego powodu: był to jedyny kupon o potrzebnej długości w moich zapasach. Bardzo lubię takie przypadki, bo wydaję mi się, że wzór do tego kroju pasuje idealnie i już nie mogę doczekać się upalnego lata i spacerów po ogrodzie botanicznym.
Musicie mi chwilowo wybaczyć zdjęcia na źle ustawionym manekinie (z przodu biust ciągnie fragment spódnicy do góry, z boku pas zapada się w dziurę w łączeniu manekina krawieckiego). Obiecuję zdjęcia na człowieku, kiedy tylko pogoda będzie łaskawa.




SZYCIOWE KOMPROMISY

Znacie moje oddanie tradycyjnym technikom haute couture, jednak nie dajmy się zwariować. Gdybym miała cały czas na tym świecie dla realizacji wszystkich szyciowych pomysłów, mogłabym sobie pozwolić na zaspokajanie perfekcjonistycznych zapędów. W życiu jednak czasem trzeba iść na kompromisy i skorzystać ze zdobyczy techniki.
Batyst, ze względu na jego lekkość i przezroczystość, postanowiłam "zamontować" na dodatkowej warstwie tkaniny. Dla koszulowej góry użyłam w tym celu bardzo miłej i miękkiej surówki bawełniano-jedwabnej, plecionej trochę jak gaza, ale bardziej zwartej. Spódnicę podszyłam drugą warstwą bawełnianego batystu w kolorze kości słoniowej, zdecydowanie bardziej strukturalnego i nadającego kształt, niż lekka surówka. Dzięki temu zabiegowi góra sukienki zachowała lekkość i przewiewność, a spódnica zyskała trochę ciężaru i kształtu. Dodatkowo, aby nadać spódnicy odrobinę objętości, wykończyłam dolny brzeg grubą, buraczkową tasiemką. 
No dobrze, ale gdzie te zdobycze techniki? Przedzierają się w niewidocznych szczegółach. Listwę zapięcia na guziki (krojoną razem z odszyciem przodu) podkleiłam cienką flizeliną termozgrzewalną. Wszyłam też zwykły kryty zamek, co przy tradycjonalizmie Marchewkowej, czy Rvudzik, wydaje mi się niewybaczalnym grzechem.
W całości postanowiłam zrezygnować z podszewki, na rzecz wykończenia zapasów szwów kremową taśmą ze skosu. Tutaj akurat może to nie tyle zwrot ku nowoczesności, co bezczelna oszczędność czasu. Nie wiem czy wiecie, że dawniej wcale nie podszywało się wszystkich sukni podszewkami. Dlaczego? Ponieważ dawniej bielizna zakrywała bardzo dużą część ciała i tym samym z jednej strony chroniła tkaninę przed zabrudzeniem (na przykład potem), a drugiej strony nadawała kształt całej sylwetce i nie odznaczała przez wierzchnią warstwę stroju. Taki wynalazek!


Udało mi się też wydziergać całkiem zgrabne dziurki na guziki na nowej maszynie! Co prawda dopiero przy drugim podejściu, ale nauczyłam się, że maszyna jest mądrzejsza ode mnie i nie należy jej udowadniać, że jest inaczej, bo to się zemści.

Jako wisienki na torcie postanowiłam użyć jednej z metek z Flying Tiger, którą możecie pamiętać z wpisu o patchworkowej poszewce. Zastanawiam się czy drugiej taśmy nie ciąć w napis "I almost died making this", który idealnie zwieńczałby każde moje dzieło.

PRZEDE WSZYSTKIM WZÓR


W tym miejscu muszę znów przytoczyć jeden z poprzednich wpisów, mianowicie ten dotyczący sukcesów i porażek przy szyciu bardzo pracochłonnej sukienki - Simplicity 3300. W trakcie szycia spódnicy, ku mojemu zdziwieniu i rozpaczy, okazało się, że krata żyje własnym życiem i w ogóle się porozjeżdżała... Pomimo wszystko postanowiłam projekt skończyć i wrzuciłam zdjęcia na stronę Burdy. Oto mój ulubiony komentarz:

Szkoda że jest anonimowy, bo jest to najcenniejszy komentarz jaki dostałam na temat swojego szycia i chciałabym za niego autorowi/autorce bardzo podziękować. Od tego czasu zaczęłam myśleć o wzorze i porządnie planować jego rozłożenie na gotowej kreacji. Może tego nie widać tak przy Landrynkowej Betty, gdzie starałam się rozłożyć bukiety tak, aby ich "ciężar" nie przytłaczał żadnej ze stron, a kwiatowy motyw nie był brutalnie poszatkowany. W ten sam sposób myślałam przy krojeniu wersji hawajskiej. 
Zwróćcie proszę jednak uwagę na jeden element, na którego punkcie miałam absolutną obsesję: listwę zapięcia. Jest to element krojony osobno względem przodów (widać to w wersji landrynkowej, gdzie ten element jest wykrojony z białej tkaniny). Oczywiście szyjąc wersję hawajską mogłam zmodyfikować wykrój łącząc listwę z przodami i nie byłoby problemu, ale postanowiłam to masochistycznie potraktować jako próbę charakteru i chyba trochę jako pokutę. 
Kolejnym wyzwaniem było nałożenie wzoru przy zapięciu koszuli, tak aby stanowił ciągłość. Potem już tylko wystarczyło dopasować rozmieszczenie dziurek do guzików, aby wszystko się nie rozjechało i oto jestem - bogatsza w to wyczerpujące doświadczenie, letnią sukienkę i uboższa o garść włosów, które wypadły w trakcie. 


***



Na koniec zostawiłam sobie coś, za co nie do końca wiem jak się zabrać, ponieważ nigdy wcześniej mnie nie spotkało. Otóż okazało się dzisiaj, że wygrałam w konkursie. I to nie byle jakim, bo na Szyciowy Blog Roku 2016 w kategorii Odkrycie. Do tej pory nigdy nie miałam nawet trójki w totka i tylko raz wygrałam bardzo brzydką broszkę z misiem w loterii fantowej. Jednym słowem - nie poszalałam.
Wyróżnienie jest szalenie miłe i chciałabym podziękować wszystkim, którzy za mnie trzymali i wciąż trzymają kciuki, oraz wszystkim tym, którzy przyczynili się do tego wyróżnienia. Wiecie kim jesteście! Ściskam Was bardzo mocno i padam w pokłony dziękczynne (ale takie bez przesady). ;)

Cały czas mnie telepie kiedy to piszę. Jestem bardzo szczęśliwa, choć już czuje przerażenie potencjalnie zawiedzionymi oczekiwaniami co do przyszłych treści. Plan z grubsza jest, jak zawsze. Oby realizacja Was nie zawiodła.
Pewnie myślicie, ze może udaję skromność i w ogóle, ale nawet teraz robiąc zrzut z ekranu sprawdzam, czy aby na pewno tam jest adres mojego bloga... :)
Dziwne, naprawdę dziwne, ale równocześnie tak przyjemnie łechcące. 
Spokojnej nocy i do zobaczenia niedługo! Nadchodzi notka bardzo techniczno-matematyczna, ale więcej na razie nie powiem!