Co w 2017 roku?


Ponieważ początek roku niespodziewanie zamienił się w niekończący się koszmar, a nie chcę specjalnie użalać się nad sobą, spróbuję skupić się na radosnych planach na przyszłe miesiące. 
Z niecierpliwością czekam, aż będę miała chwilę dla siebie na szycie. Na razie jest nieźle i napisanie tej notki zajęło mi prawie miesiąc! :)
DO SKOŃCZENIA
PŁASZCZ ANNA - z poprzedniego wpisu. Płaszcz ma "już" kołnierz i jeden rękaw i skończę go akurat na nadejście wiosny. Teraz to już sprawa dumy oraz honoru i choć straciłam większość zapału, wypada go skończyć.

HAWAJSKA BETTY - czyli wersja Landrynkowej Betty w "dżunglowy" wzór. Zasadniczo jest  ona prawie gotowa, potrzebuję chwili czasu, żeby zabezpieczyć zapasy szwów i wszyć zamek, oraz podłożyć spódnicę. Jeszcze nie wiem czy będę wszywać podszewkę w koszulę. Chciałabym, żeby hawajska była naprawdę letnio-zwiewna i gotowa na czas.

WAŻNY TAJEMNICZY PROJEKT - zbliża się początek lutego i urodziny mojej przyjaciółki, więc startuję z nowym, poważnym wyzwaniem. W sumie wszystkie podpowiedzi są widoczne na zdjęciu poniżej. Szyjące koleżanki i koledzy nie będą mieć chyba większego problemu z rozpoznaniem co to może być (zwłaszcza jeśli posiadacie Quilt na Weekend nr 1/2016).
Jak widzicie na poniższym zdjęciu, na razie elementy układanki są różnej urody kulfonami, powstającymi w trakcie gorączkowych ćwiczeń przed nadejściem przesyłki z zamówionymi tkaninami. Wzór, co prawda, nazywa się drunkard's path, jednak nie chciałabym, aby gotowy prezent wyglądał jakby był tworzony po pijaku... Na razie na sześć prób, szósta wyszła prawie dobrze!


NADCHODZI NOWE

PO PIERWSZE MASZYNA - w zasadzie już nadeszła przed świętami, jako mój własny prezent urodzinowy. Ode mnie dla mnie. Z powodów różnych (z których każdy jeden był bardzo pilny i nie znosił zwłoki) nie miałam jeszcze czasu się z nią zaprzyjaźnić. Stawiamy więc pierwsze kroki ze wspomnianym wcześniej drunkard's path i poznajemy swoje możliwości... 
Dlaczego Janome 5060DC? Nie potrafię do końca świadomie na to pytanie odpowiedzieć...  Janome była dla mnie od dłuższego czasu takim snobistycznym fetyszem. Chciałam wygodną maszynę komputerową, trochę kombajn do szycia grubej wełny, ale i cienkiego jedwabiu i sporadycznie czegoś patchworkowego. Po konsultacji z bardzo miłą obsługą internetowego szyj.pl, padło właśnie na ten model. Na razie zbyt wcześnie, abym mogła ustosunkować się do tej decyzji. Jedyne co mogę powiedzieć, to że w porównaniu do Silvercresta, mam trochę mało miejsca pod stopką (nie mylić ze stopą...), ale może to kwestia przyzwyczajenia. 


PO DRUGIE KSIĄŻKA - Vintage Coture Tailoring Thomasa von Nordheima, którą poleciła mi jedyna i niezastąpiona Rvudzik. Ta lektura w bardzo przyjemny sposób satysfakcjonuje mój głód wiedzy w dziedzinie klasycznego szycia damskiej odzieży wierzchniej. Wspominałam Wam ostatnio o serii kursów Essential guide to tailoring Alison Smith na craftsy. Kursy Alison pomagają w krótkim czasie zmierzyć się z tradycyjnymi technikami nadawania odzieży kształtu, trwałości i eleganckiego wykończenia, jednak pozostają na tyle uniwersalne, aby mógł z nich czerpać każdy, kto ma pojęcie o szyciu i konstrukcji w ogóle. 
Natomiast Vintage Coture Tailoring jest na te długie wieczory, kiedy człowiek chce oderwać się od spraw przyziemnych i zgłębiać tajniki prawdziwego rzemiosła. Wspomniana książka Thomasa von Nordheima jest kompletnym kursem szycia żakietu, wyłożonym bez pośpiechu, bo pośpiech przy szyciu nigdy nie jest wskazany.


Od profesjonalnego krawca dostajemy dużo cennych podpowiedzi i wskazówek wypracowanych wieloletnim doświadczeniem. Dużym zaskoczeniem było dla mnie brutalne potraktowanie skrojonej tkaniny żelazkiem parowym i tym sposobem, już na tak wczesnym etapie, nadanie jej przestrzennej formy! 

Szczególnie bliski mojemu sercu jest rozdział o wkładach odzieżowych. Satysfakcjonująca i nie do przecenienia jest w nim ilość informacji raczej trudno dostępna w innych źródłach. Mamy tutaj na przykład fantastyczny przegląd różnego rodzaju wkładów i sztywników, opisanych pod kątem składu, skrętu włókien i często zachowania przy praniu, prasowaniu, krojeniu, szyciu, czy użytkowaniu gotowej odzieży. Rozczarowujące jest natomiast zestawienie różnorodności opisywanych tkanin, ze stanem magazynowym lokalnej, komercyjnej hurtowni tkanin w Polsce. Jeśli chcemy naprawdę zagłębić się w temat tradycyjnego krawiectwa, trzeba liczyć się z koniecznością zamawiania odpowiednich materiałów online, np. z Wielkiej Brytanii.
Lektura pełna jest subtelności, oraz niuansów krawieckich i zainteresowanego tematem czytelnika potrafi trzymać w napięciu niczym dobra beletrystyka! :) Przyznaję, że miałam kila momentów, w których przewidywałam, że wątek potoczy się inaczej niż bym zakładała, ale żal było przewijać stronę, żeby nic ważnego nie uciekło pomiędzy. Oczywiście nie oszukujmy się, nie będziemy zawodowymi krawcowymi po jednym przeczytaniu Vintage Coture Tailoring! Jest to dobra lektura zawodowa na lata i tylko własne doświadczenie może z nas zrobić wartościowego rzemieślnika.

PO TRZECIE KSIĄŻKA - Famous Frocks - The Little Black Dress Dolin Bliss O'Shea, którą otrzymałam w prezencie od tej samej niesamowitej Rvudzik, która poleciła mi poprzednią pozycję (chylę czoła w podzięce po raz kolejny!) :)
Jest to pięknie wydana książka z wykrojami do 20 kultowych już stylizacji. Znajdziemy tu przegląd "małej czarnej" między innymi w wersji a la Coco Chanel, Audrey Hepburn, Grace Kelly, czy Lady Di, wraz z mniej ortodoksyjnymi wariacjami tychże kreacji.
Wykroje,w formacie podobnym do Burdy, ale zdecydowanie bardziej czytelnym, znajdziemy w eleganckiej czerwonej kopercie, po otwarciu okładki.


Kilka modeli budzi szczególną tęsknotę, ale mnie osobiście najbardziej podoba się sukienka w stylu Audrey Hepburn, ta z rozłożystą spódnicą (The Sabrina Dress). Klasyczny szyk z dziewczęcym urokiem w jednym!
KOPERTY - moja obsesja, lub jak kto woli guilty pleasure. Noworoczne postanowienia i kursy walut zmuszają mnie do ograniczenia tego zakupowego szaleństwa. Nie mogłam się jednak oprzeć bajkowej sukni McCall (na zdjęciu poniżej po prawej stronie) niczym z Kopciuszka, którą już przechrzciłam na Grace (od Grace Kelly). Podobno każda dziewczynka chciała być kiedyś księżniczką. Ja odkryłam w sobie taki potencjał dopiero po 30stce! 
Pozostałe dwie koperty skusiły mnie, jakżeby inaczej, przeceną. Sukienka Vogue w stylu lat 60tych obiecuje, że jest łatwa do uszycia. Zobaczymy jaki będzie wynik zderzenia z moją chroniczną skłonnością do komplikowania rzeczy prostych. Koszula natomiast jest koszulą z lat 50tych i w sumie na tym kończy się na razie jej historia, bo po prostu chciałam mieć taki wykrój. 
Uzależnienie od kopert z wykrojami, jak każda choroba, rzecz straszna!

Trzymajcie się ciepło i zdrowo w Nowym Roku! Mam nadzieję, że jeśli macie jakieś oczekiwania w stosunku do przyszłej zawartości tej strony, zostaną one zaspokojone w zadowalającym stopniu! :)

PŁASZCZ ANNA - uzbrojenie na zimę (Postęp Krawiecki 1957) - struktura i kształt




TRADYCYJNE TECHNIKI KRAWIECKIE

Dzisiaj mam bardzo dobrą wymówkę dla smutnego faktu odnoszącego się do częstotliwości pojawiania się nowych wpisów. Otóż szyję płaszcz. Nic wielkiego, ale szyję go tradycyjnymi metodami krawieckimi (głównie ręcznie) i robię to po raz pierwszy w życiu!

Od jakiegoś czasu fascynuje mnie szycie na miarę męskich garniturów i rzędy tajemniczych fastryg pojawiających się na różnych etapach ich szycia. Do tego te dosyć abstrakcyjne formy obce wewnątrz marynarek. Bardzo chciałam dowiedzieć się czegoś więcej i spróbować wykorzystać tę wiedzę w moim domowym szyciu. Poszperałam po sieci i znalazłam (wychwalane przeze mnie już wcześniej) kursy na craftsy, a mianowicie trzyczęsciowy Essential Guide to Tailoring prowadzony przez Alison Smith.

Dzisiaj pokaże Wam efekt mojej pracy w oparciu o pierwszą część kursu - Structure & Shape. Na kolejnych etapach opowiem Wam więcej także o kolejnych - Construction i Finishing


photo via craftsy.com

ZBROJA NA ZIMĘ

Z pierwszej części kursu dowiedziałam się jakie techniki krawieckie są najodpowiedniejsze dla poszczególnych typów materiału i odzieży. Do płaszczy z dosyć ciężkiej i zbitej wełny polecana jest metoda hybrydowa (na zdjęciu powyżej widoczna w środku), polegająca na łączeniu elementów tradycyjnego krawiectwa (model z prawej) z współczesnym "speed tailoring" opartym przede wszystkim o klejonkę, czy flizelinę (model po lewej). Ponieważ mój płaszcz pochodzi z marcowego wydania Postępu Krawieckiego z 1957 roku, postanowiłam trochę wbrew poradom uszyć go w oparciu o tradycyjne metody. Moja wełna jest dosyć zbita, ale wydawała mi się cienka i w miarę lekka, w związku z czym postanowiłam zaryzykować i stworzyć prawdziwy, pancerny płaszcz.

Możecie zapytać o wybór koloru, który nie specjalnie pasuje do mojego typu urody... Płaszcz pierwotnie miał być z granatowej wełny, która po dokopaniu się na spód sterty tkanin, okazała się cienko-sukienkowa. Padło więc na inną wełnę "z dna szafy", bo uparłam się, żeby zacząć uwalniać piętrzące się poza kontrolą zasoby. Miodowej wełny było troszkę mało, więc na kołnierz, odszycie przodów i drobne wstawki dokupiłam pół metra ciemno oliwkowej wełny o podobnej grubości i strukturze (na razie widoczne tylko przy wykończeniu kieszeni).

Forma płaszcza jest dosyć ciekawa. Jak (mam nadzieję) zobaczycie na poniższych zdjęciach, płaszcz jest dosyć taliowany, natomiast w biodrach, pod pachami i na placach jest trochę luzu umożliwiającego swobodne poruszanie się i zakładające istnienie ciepłego swetra pod.


RUSZTOWANIE

Musicie wybaczyć mi te nieładnie odstające szwy na lewej stronie. Będą one wszystkie oczywiście zabezpieczone ściegiem zakopiańskim. Zdjęcia robiłam nagle, korzystając z wyjątkowo przyjemniej aury na zewnątrz i przyzwoitego oświetlenia.

Do rzeczy: jako wkładu postanowiłam użyć płótna lnianego, dosyć lekkiego, ale przy tym sztywnego. Idealny byłby wkład wełniany (włosianka), ale nie udało mi się takowego znaleźć ani przez internet, ani w lokalnych hurtowniach. Jeśli macie sprawdzone miejsca, gdzie włosiankę można dostać, podzielcie się proszę!

Kolorowy materiał wypełniający linię ramion to bawełniana flanela. Niestety wzorek nie będzie widoczny w gotowym płaszczu. Dobór tkaniny można powiedzieć przypadkowy - flanela była kupiona na ciuchach za parę złotych z nieznanym przeznaczeniem.

Z taśmami miałam mały problem. Bawełniana w jodełkę idealnie nadała się do wzmocnienia załamania linii kołnierza, ale za czort nie chciała się modelować w łuki kiedy są traktowałam parującym żelazkiem. Musiałam dokupić taką taśmę, która mi na to pozwoli i stanęło na dosyć cienkiej, ale plastycznej tasiemce poliestrowej. Nie jestem z niej do końca zadowolona, ale chyba spełni swoje zadanie, więc ostatecznie wyszło nie najgorzej.

Całość płaszcza podszyłam płótnem bawełnianym, dzięki czemu mogę pozwolić sobie na zamontowanie tych wszystkich kształtów i warstw w sposób względnie niewidoczny od prawej strony. Mówię względnie, bo na tym etapie przebija dużo fastryg, które znikną z gotowego płaszcza.

Na koniec przedstawiam mojego włochatego pomocnika, który od razu przyleciał na dźwięk otwieranego balkonu :) Do zdjęcia jednak nie chciał zapozować.

CRAFTSY

Z oczywistych względów nie jestem Wam w stanie opowiedzieć ze szczegółami co, jak i dlaczego się dzieję na lewej stronie płaszcza, ale jeśli Wam się to podoba i chcielibyście spróbować zgłębić tę sztukę magiczną, naprawdę polecam Wam zapolować na kursy na Craftsy. Oprócz tych prowadzonych przez Alison Smith jest jeszcze kilka innych propozycji dotyczących modelowania marynarek i żakietów. Jeśli przeraża Was cena, śledźcie promocje, bo przeceny pojawiają się dosyć często i większość kursów spada do ok 20 euro. Warto założyć tam konto i zapisać się do newslettera, bo craftsy lubi robić niespodzianki i np. przecenić dla Was trzy kursy z Waszej listy ulubionych :)

Jeśli macie jakieś pytania, czy wątpliwości, z chęcią postaram Wam się pomóc! 

***

Co myślicie o takim krawiectwie? Czy warto inwestować czas i miękkość opuszek palców na takie zabawy? Z drugiej strony trochę to chyba wyjaśnia dlaczego płaszcze z szafy babci potrafiły przetrwać taki szmat czasu i nie tracić fasonu! Wolicie szybkie rozwiązania na jeden sezon, czy tradycję na lata? :) 

Ja chyba coraz bardziej lubię dłubaninę, pokłute palce i choć wciąż popełniam proste błędy, to porywam się z motyką na księżyc. Nie umiałabym inaczej... :)

VINTAGE WYKROJE KRAWIECKIE - Gdzie szukać i co kupować?



O tym wpisie myślałam od dłuższego czasu. Chciałam się z Wami podzielić moimi bardzo subiektywnymi spostrzeżeniami odnośnie wykrojów krawieckich sprzed kilku dekad. Mam nadzieję, że pomimo osobistego charakteru wpis pomoże Wam lepiej zorientować się w dostępnych źródłach. Jestem też bardzo ciekawa Waszych historii i doświadczeń. Jakie są Wasze ulubione magazyny z wykrojami? Szukacie lokalnie, czy buszujecie po sieci? Które wykroje są Waszym zdaniem najbardziej niezawodne?

Tymczasem zapraszam na moje "top 3".

***

NUMER 3
BURDA, ASTRA MODE, BEYER MODEN, NEUE MODE
(niemieckie magazyny z wykrojami)


Ta stara dobra Burda... :) Niemieckie magazyny z wykrojami cieszą się dosyć dużą popularnością i są raczej łatwo dostępne. Za parę złotych można je upolować na targach staroci (moja babcia kupowała mi Beyer Mode w niedzielę na krakowskiej Hali Targowej) i aukcjach internetowych. Pamiętajcie, aby sprawdzać przed zakupem, czy gazety zawierają arkusze w wykrojami! Jest też duże prawdopodobieństwo, że jak rozsiejecie wieści, że zabieracie się za szycie retro kiecek, mama którejś z przyjaciółek podaruje Wam swoją zakurzoną kolekcje Burd.
Niestety wykroje w starych Burdach (i jej podobnych) są zazwyczaj w jednym lub dwóch rozmiarach. Są to zazwyczaj DUŻE rozmiary, 40+Oznaczenia rozmiarów są na szczęście zbliżone do współczesnych. Nie dajcie się zwieść zdjęciom ze smukłymi modelkami prezentującymi odzież. Wystarczy spojrzeć na ilustrację poniżej, gdzie piękną trapezową sukienkę w rozmiarze 42/46 prezentuje Pani na oko 36... Modele jak ten mają dosyć skomplikowaną konstrukcję dla niewprawionej krawcowej i zmniejszanie o kilka rozmiarów takiej ilości elementów może okazać się kłopotliwe. Sama nigdy się na to nie pokusiłam, choć poniższa sukienka strasznie mnie kręci. Jeśli jesteście ciekawi rekonstrukcji modeli z niemieckich gazet, zajrzyjcie koniecznie na blog Marchewkowej.


Tak się prezentuje szablon z wykrojami z Burdy z 1969 roku. Ze względu na pojedyncze rozmiary jest dużo bardziej przejrzysty niż współczesne. Poza tym niewiele się zmieniło :)




***
NUMER 2
POSTĘP KRAWIECKI, MODNE KRAWIECTWO
Wykroje metodą procentową


Jest to pozycja dla odważnych i dosyć zaawansowanych w temacie krawiectwa i konstrukcji odzieży. Dlaczego postanowiłam przyznać tym wykrojom tak wysoką pozycję? Ponieważ pozwala na stworzenie oryginalnego i niepowtarzalnego wykroju dopasowanego do naszej sylwetki. Szycie na miarę przebiega troszkę inaczej niż przy gotowym wykroju, ponieważ musimy umieć dobrze zdjąć miarę, a co więcej wiedzieć co mierzymy, ponieważ instrukcja każe nam obliczyć procent z takich długości jak np. głębokość pachy, obwód pachy, czy szerokość szyi. 
Odcinki wypisane są w kolejności rysowania, a obok opisu konstrukcji znajdują się rysunki techniczne w określonej skali, dlatego samodzielne wyrysowanie wykroju w skali 1:1 teoretycznie nie jest trudne. Nic tylko brać centymetr i linijkę w jedną dłoń i kalkulator w drugą!
Dobre przeliczenia nie uchronią nas jednak przez zrobieniem formy próbnej. Ponieważ dużo łuków robimy "na oko" może okazać się, że rękaw nie daje się ładnie wdać, lub kołnierz troszkę źle leży. Taki model testowy pozwala nam wykryć wszelkie potencjalne mankamenty konstrukcji i wprowadzić odpowiednie poprawki. Syzyfowa praca - możecie powiedzieć - i tak rzeczywiście jest. Same musicie ocenić, czy satysfakcja z tak oryginalnej i niepowtarzalnej odzieży własnego wykonania jest warta całego zachodu.
Ja się nie zniechęcam, choć raz mnie już płaszcz "Postępu Krawieckiego" pokonał. Obecnie pracuję nad innym modelem z tego magazynu, do którego udało mi się stworzyć i przetestować wykrój. Jutro zabieram się za krojenie kolorowej wełny i możecie spodziewać się małej relacji z procesu szycia :) Płaszcz powstanie do modelu D41 z marcowego wydania "Postępu.." z 1957 roku. W poprzednim poście możecie podglądnąć miniaturę płaszcza w skali 1:6! :)

Niewątpliwym minusem tej opcji jest dostępność starych polskich magazynów krawieckich. Dobrym pomysłem jest pogrzebać po targach staroci, lub tradycyjnie w sieci. Niestety "Postęp", który pojawił się niedawno na allegro po prostu powala ceną i trzeba być albo bardzo szalonym, albo bardzo bogatym, bo cena za 5 sztuk, to prawie 300zł. Przy odrobinie wytrwałości można upolować pojedyncze egzemplarze po 20-30zł. Większość mojej kolekcji pochodzi jednak od dobrego znajomego, który pamiętając o mojej pasji do szycia, uratował stos magazynów przed smutnym końcem w kominku. Część z tych zdobyczy prezentowałam Wam w poście tutaj

Poniżej podrzucam poglądowy obrazek sukienki z jednego z numerów "Modnego Krawiectwa". Jeden z niewielu przykładów, gdzie mamy dołączone zdjęcie kreacji na modelce. Całkiem zgrabna sukienka, prawda?




***
NUMER 1 
AMERYKAŃSKIE MAIL ORDER PATTERNS
(McCall, Simplicity, Butterick, Vogue, Progressive Farmer, itp)

czyli moje najukochańsze "wykroje kopertowe". Koperty wygrywają u mnie na wielu płaszczyznach - są  dostępne naprawdę różnorodne kroje z różnych dekad, wdania te zawierają jasny i czytelny opis procesu szycia ze szczegółowymi danymi dotyczącymi np. zużycia materiału, a pergaminy z elementami wykroju mają doliczone zapasy szwów i bardzo dobrze naniesione wszystkie oznaczenia. Oryginalne wydania kopertowe były jedno-rozmiarowe, dlatego warto wiedzieć jak wybrać właściwy rozmiar. Zmierzcie obwód klatki piersiowej (nie biustu!) prowadząc centymetr na wysokości pach i przeliczcie ile to cali. Kupujcie koperty, na których "bust size" jest równy Waszym wyliczeniom, ponieważ rozmiarówka (podawana jako size) jest różna w zależności od dekady i producenta. Więcej informacji i porad możecie znaleźć na blogu Gertie, która tworzy retro wykroje dla McCalls.
To prawda, że stare wykroje były projektowane na trochę inne sylwetki, dlatego zawsze (nie tylko w przypadku wydań kopertowych) warto zmierzyć wykrój na płasko, wprowadzić ewentualne modyfikacje i zrobić model próbny (na przykład ze starego prześcieradła). 
Szycie na podstawie wykrojów kopertowych to czyta przyjemność, jednak ich nabycie i użytkowanie związane jest z kilkoma utrudnieniami. Wydania kopertowe są u nas raczej mało popularne, stąd najlepiej poszukać ich na ebay'u. Cena za jedną kopertę bywa bardzo różna i waha się od ok 20 zł nawet do 100 zł. Ja decyduje się na koperty które kosztują 27-35zł, na tyle moim zdaniem warto ustawić górną granicę cenową pamiętając, że za wysyłkę z USA zapłacimy kolejne paręnaście złotych. Dla jednego drogo, dla drugiego tanio, dlatego warto uzbroić się w dobrą strategię. Ja staram się kupować zawsze różne kroje, z różnych dekad i po kilka od jednego sprzedawcy, aby poprosić o tzw combined shipping, czyli łączny koszt wysyłki. 
Utrudnieniem może okazać się także opis w języku angielskim, choć ilustracje dosyć dobrze prowadzą nas przez proces szycia i bez czytania tekstu średnio doświadczona krawcowa powinna poradzić sobie z co prostszym krojem.

Zawsze po otrzymaniu przesyłki należy sprawdzić czy koperta jest kompletna - czy zawiera złożoną kartę z instrukcjami i wszystkie elementy! Ponieważ pergaminy z elementami wykroju potrafią przetrwać w nienagannym stanie długie lata, warto przed rozpoczęciem szycia skopiować je na półpergamin, aby te oryginalne posłużyły kolejnym pokoleniom :) Innym pomysłem na przedłużenie żywotności wykrojów jest naprasowanie ich na cienką flizelinę (ten pomysł podpatrzyłam w jednym z filmików Alison Smith na craftsy)

Zdaje sobie sprawę, ze mój numer jeden może być dla wielu z Was dosyć kontrowersyjny ze względu na dostępność i cenę, jednak moim zdaniem warto czasem zainwestować trochę czasu i pieniędzy na tego typu wykroje i przekonać się na własnej skórze jaki to świetny wynalazek i dlaczego cieszył się przed laty taką popularnością.


***

Czegoś brakuje? Nie znalazłaś informacji, której szukałaś? Zostaw proszę komentarz, a postaram się jak najszybciej odpowiedzieć i uzupełnić informacje :)

KRYPTONIM CALINECZKA - czyli o testowaniu konstrukcji płaszczy na modelach w skali 1:5 i 1:6


Natura ludzka przekorna jest i jakoś tak wychodzi, że post w którym przyznaję szczerze, że mi nie wyszło, cieszy się największym powodzeniem. Dzisiaj też się przyznam, że mi nie wyszło.

MISSION IMPOSSIBLE

Jakiś czas temu postanowiłam podjąć wyzwanie i uszyć płaszcz na podstawie oryginalnego modelu z Postępu Krawieckiego z 1959 roku. Poświęciłam na to naprawdę sporo czasu. Powstał płócienny model, który całkiem dobrze leżał na mnie z jednym wyjątkiem - kołnierz. Kołnierz, niby prosty, a za nic w świecie nie mogłam go dopasować aby wyglądał jak na ocalałej ilustracji. Prób było milion, kilkukrotnie doznawałam objawienia, wszystko na nic. Poddać się? Nigdy!


Po trochę zbyt dużej ilości napoju energetycznego, który (wstyd przyznać) pozwala mi ostatnio w ogóle funkcjonować, przejrzałam jeszcze raz wszystkie magazyny w poszukiwaniu czegoś prostszego. Oczywiście nic z klasycznie marynarkowych kołnierzyków mnie nie porwało... Moją uwagę przykuły za to dwa bardzo fikuśne płaszcze.


MODEL D6

Kurtka damska, jednorzędowa, trzyćwierciowa, z kolorowej, grubej wełny, zapinana na dwa guziki. Wyłogi szerokie, okrągło zakończone. Duży, płasko leżący kołnierz zachodzący na pod wyłogi. Plecy krojone z trzech części, z ostębnowaniami. Przody cięte od szwa barkowego do linii kieszeni, w przecięciach poziomych wszyte kieszenie sięgające do szwów bocznych. Rękawy o jednym szwie, od spodu przy dłoni zwężone.

Pierwszy to model D6 z wrześniowego numeru "postępu Krawieckiego" z 1956 roku. Prostu, pudełkowy, z ładnie skrojonymi kieszeniami i wielkim kołnierzem. Ponieważ nie chcę znów marnować czasu na kolejną nieudaną misję myśląc, że przecież "co może pójść nie tak?", postanowiłam spróbować wykroić i skleić model płaszcza z pergaminu.... W skali jak w gazecie - 1:5. Powstało coś takiego:


Płaszcz troszeczkę wygląda jak na Bukę, ale to przez to, że w pierwszej chwili zapomniałam, że modele są rozrysowane z uwzględnieniem zapasów, a ja zaczęłam sklejać linie "na styk". Także płaszczyk oryginalnie byłby węższy i bardziej smukły. Zresztą to wszystko nieważne... Kołnierzyk magicznie dał się dopasować i wywinąć i uważam, że wygląda bardzo obiecująco! Takim kołnierzem aż przyjemnie otulić się zimą.



Z oczywistych technicznych przyczyn pominęłam sklejanie jednoczęściowego rękawa.

Wydaje mi się, że ten model nadawałby się do pokombinowania i pójścia w stronę, w którą Marchwekowa po mistrzowsku przerobiła swój śliwkowy płaszcz z odzysku. Oj, jak mi się marzy takie cudeńko!


MODEL D41

Płaszcz damski dopasowany do figury. Jednorzędowe zapięcie na trzy guziki. Kołnierz duży, fantazyjny. Plecy ze szwem po środku, w stanie pasek. Rękawy gładkie, dwuczęściowe. Kieszenie boczne wszyte ozdobnie do wewnątrz.
Drugi model pochodzi z marcowego wydania "Postępu..." z 1957 roku. Bardzo, bardzo lubię dopasowane kroje. Luźne podoba mi się bardziej na innych. Sama mam wrażenie, że wyglądam w luźnym jak krasnal bez nóg i proporcji... Tak więc wybór padł na taliowany krój i fantazyjny kołnierz z guzikiem. Jest nawet podobny patent na ciekawą kieszeń.



Ilość zaszewek i łuków sprawiła, że model z pergaminu nie miałby większego sensu, więc uszyłam go z resztek bawełnianego batystu. Skala 1:6. Szerokość zapasów na szwy? 2,5 mm... Dlatego musicie wybaczyć niechlujstwo przy łączeniu kołnierzyka, ale ciężko zgrać wszystko co do ułamka milimetra. Z jednej strony wszystko się pięknie zgrało. Rozumiem teraz jak abstrakcyjny rysunek przekłada się na trójwymiarowy model. Kołnierz się "składa" na linii załamania tak jak powinien, a guziki pięknie go zepną (niestety nie jestem tego w stanie pokazać na tym malutkim modeliku, musicie uwierzyć mi na słowo, że to działa). Czarne ciągłe linie pokazują linię ozdobnego stębnowania.

Mini model jest trochę niedoprasowany i przyciasny na modelkę - wieszak na biżuterię z Pepco! Mam nadzieję, że mimo wszystko wizualizacja Wam się podoba.



***

Co sądzicie o modelach odzieży w tej skali? Który model sprawdzi się Waszym zdaniem lepiej podczas zimowych śnieżyc?

LANDRYNKOWA BETTY - sukienka w stylu lat 50tych


Plan był taki, że w trakcie poprzedniego weekendu miałam skończyć dwie sukienki według tego samego wykroju - Landrynkową i Hawajską Betty. Jak to jednak bywa w życiu, plany spaliły na panewce. Tym razem nie muszę zwalać na lenistwo, bo szyłam uczciwie cały weekend. W niedzielę spędziłam z igłą ponad 14 godzin, w konsekwencji czego w poniedziałek poruszałam się z gracją Terminatora...
Klątwa ambicji i pokłosie kursów porządnego, sumiennego szycia, plus wrodzony upór. Landrynkową Betty skończyłam w zasadzie dopiero w piątek, w samochodzie, w drodze na wesele.

 BETTY
Wykrój to oryginalna koperta z lat 50-tych. Niestety nie ma na niej żadnej informacji o producencie, tylko sam numer wykroju. Postanowiłam więc nadać jej imię, a Betty wydało mi się najbardziej odpowiednie. Imię nadane trochę na cześć Betty Draper z serialu Mad Men :)

TŁOCZONA BAWEŁNA

Tkaninę kupowałam w lekkiej panice przez internet... Jako pierwsza w mojej głowie zrodziła się wizja Hawajskiej Betty (która czeka cierpliwie na spódnicę), ale sukienka przeznaczona miała być na wesele... Nonkonformizm nonkonformizmem, jak wszystko powinien mieć swoje granice. Nie wiem w czym się teraz bywa na weselach, ale uznałam, że dominacja pudrowego różu z grzecznym białym kołnierzykiem będzie kompromisem między względną elegancją, a lekkim odklejeniem od rzeczywistości.
Bawełna jest tłoczona, dosyć mięsista, ale też jakby luźniej tkana. Lekko się naddaje, więc postanowiłam wszystkie szwy wzmocnić taśmą stabilizującą. Zużyłam praktycznie w całości 2,5 metra, ale tył kroiłam dwa razy, bo nie byłam zadowolona z rozkłaku wzoru. 
Materiał się nie gniecie i zastanawiam się nawet czy nie dokupić kuponu na wzorzyste spodnie.

Na kołnierzyk i listwy z podkrojami przodów dobrałam bielutką bawełnę w mieszance z lnem. Kupilam pół metra, z którego został mi jeszcze spory skrawek.

Ogólna rada dla szmatocholiczek zainteresowanych szyciem w stylu retro - kupować mało tkanin, ale w dużych ilościach. Ja przez lata zgromadziłam zawstydzajace ilosci pięknych tkanin po 1,5m długości i jak przychodzi do szycia sukienek typu Betty muszę i tak kupować coś nowego...

PODSUMOWANIE

Krój sukienki nie jest szczególnie wymagajacy dla średnio zaawansowanej krawcowej. Wciaż nie potrafię sobie wytłumaczyć co w tej sukience zajęło mi tyle czasu? Na pewno nie pomógł fakt, że postanowiłam jednak wszyć w koszulową górę podszewkę. Resztek jedwabiu z poprzednuej sukienki zostalo mi prawie co do centymetra. Wykrój na podszewkę rysowałam sama i chyba źle złożyłam listwę zapięcia, bo nagle okazało się, że brakuje mi sporego kawałka podszewki... 
Na szczęście udało mi się dosztukować brakujace pasy i zamiast pionowej zaszewki w podszewce jest "princess seam". Spędziłam dwie godziy pracy na samo ratowanie sytuacji, ale koniec końców sukces.

Bardzo dużym wyzwaniem, którego obawiałam się od początku pracy, okazały się dziurki na guziki. Zrobiłam próby - ten sam materiał, tak samo podklejony flizeliną, efekt zadowalajacy. Sukienka? Oczywiście dziurki szyłam, a potem prułam 3 razy, aż wpadłam na pomysł, żeby podłożyć pod nie taśmę stabilizującą, co pomogło opanować plączącą się dolną nitkę.
Jako dopełnienie całości posłużyły landynkowe guziczki wygrzebane z domowych zapasów przechowywanych od lat oczywiście w puszce po ciastkach.

Tym razem jestem zadowolona z efektu końcowego, ale równocześnie wciąż trochę straumatyzowana przydługim procesem szycia. Betty sprawdziła się na baletach, a kilka dni wypoczynku z dala od domu pomogło wyleczyć sztywność karku pozostałą po godzinach ręcznego wykańczania. Udało się nawet przyweźć trochę zdjęć sukienki na pacjencie. Niestety okazało się, że wzięłam manualny obiektyw z przejściówką, która nie ostrzy na nieskończoność, stąd ciasne kadry i brak nóg. Zdjęcia na wycieczce dzielnie robił mój tato.


MORRIS

Na wyprawę pojechał z nami Morris. Morris w listopadzie będzie miał 14 lat. Jest psim turystą i kocha wodę, ale jeszcze nigdy nie był nad morzem. Atakująca falą woda nie wywarła na nim na pocztku pozytywego wrażenia, ale przy drugim spotkaniu przekonał się do spacerów brzegiem.  Okazało się, że wbrew naszym przewidywaniom Morris został większym fanem kąpieli w piasku! Do tego jest wrodzonym elegantem i najlepiej z nas trojga wygląda w Łukaszowym białym kapeluszu :)

SLOW SEWING - Sukcesy i porażki - Simplicity 3300 część 3


Ten wpis miał powstać wcześniej. W zasadzie, to miał powstać wpis pomiędzy poprzednim, a tym. Wpis ten miał być o kolejnym etapie szycie sukienki, mianowicie o mojej najmniej ulubionej części procesu - podszewce. Ponieważ nie wszystko poszło po mojej myśli i wpis nie nadawał się do opublikowania jako "jak to zrobić dobrze", pomięłam ten etap i dziś zamieszczam podsumowanie szyciowych sukcesów i porażek.

Zdecydowanym sukcesem jest fakt, że dobrnęłam do końca. Za sukces uważam też stan sukienki po skończeniu, który oceniam jako "nadaje się do wyjścia do ludzi"

Jedną z pierwszych porażek, które były widoczne już w dosyć wczesnej fazie szycia, jest brak zgrania wzoru z tyły sukienki. Z przodu jest ok (sukces), ale z tyłu kratka już sobie postanowiła żyć własnym życiem. Jest to zwłaszcza widoczne przy spódnicy. Rzeczywiście pamiętam, że nie pomyślałam o zgraniu dominujących czerwonych linii góry i dołu tyłu, ale dla samej spódnicy nie mam wymówki. Co zrobić? Ja pocieszam się powiedzeniem, że "mądry nie zauważy, a głupi pomyśli że tak ma być".


Ogromnym ułatwieniem przy szyciu okazał się wykrój z dodanymi zapasami (za to wielbię kopertowe wydania wysyłkowe). Po latach szycia z Burdą nie miałam w nawyku dodawania zapasów do pergaminowego wykroju i to był duży błąd. Wyleczyłam się z byle jakich wykrojów i z szycia z wszechobecną potem kreda krawiecka. Dobrze przygotowany wykrój, to dobrze skrojony materiał i komfort szycia, gdzie wszystkie punkty styczne magicznie pasują. Każda zakładka, zaszewka, wszystko perfekcyjnie. Fantastyczne uczucie, polecam! :)


Jeszcze do niedawna nie umiałam ręcznie poprowadzić prostego ściegu. Trochę praktyki ręcznego wykańczania miałam przy okazji szycia wełnianej retro sukienki, ale dopiero tutaj zaszalałam na całego. Maszynowo szyłam tylko szwy łączące części sukienki, wszystkie wykończyłam ręcznie przyszywając zapasy do wypełnienia ściegiem zakopiańskim. Ręcznie podszyłam też całą podszewkę. Szczególnie dumna jestem z wykończenia rękawków.
Ręczne szycie to bardzo uspokajające zajęcie. Włącza człowiek film, parzy dużo herbaty i dziubie igłą do skutku. Trochę potem bolą tego człowieka plecy, ale satysfakcja gwarantowana!




Podszewka... No właśnie... Całkiem prosta i sprytna w zamyśle zakładka spódnicy przerosła mnie logistycznie przy podszewce właśnie... Trudno mi opisać ten bezsens, który zrodził się w mojej głowie i został bardzo brutalnie zweryfikowany przez rzeczywistość na dosyć późnym etapie szycia... Skończyło się widocznym na zdjęciach brzydactwem. Pozostawię to bez dalszego komentarza i nie będę wracać do tematu.

Zakładka trochę obciąża szew, na szczęście jakimś cudem nie powoduje widocznej wypukłości. I tak zamierzam nosić tę sukienkę z paskiem... Od strony widocznej dla przeciętnego śmiertelnika zakładka jest estetyczna i imponująco równa. Bardzo podoba mi się ten rodzaj rozcięcia bez widocznych szwów na prawej stronie. Jest taki elegancji w matematycznym tego słowa znaczeniu.




Nie będę proponować nowych wymówek dlaczego prezentuję sukienkę na manekinie. Nie czuję się dobrze przed obiektywem i nieszczególnie chcę, żeby cały internet wiedział jak wyglądam. Może w przyszłości dorzucę jakieś zdjęcia incognito, ale niczego nie obiecuję. Na razie kontuzja kostki spowodowana intensywnym procesem odgrubiania i odciastolinowywania ciała powoduje niemożność noszenia butów na obcasie. A taki krój, ta długość sukienki do płaskich obcasów - to byłaby zbrodnia! :)

Jeśli jesteście osobami niecierpliwymi i z jakiegoś powodu chcielibyście być z moimi projektami na bieżąco, zapraszam na profil facebookowy i instagramowy. Ikonki z linkami są niezbyt starannie pochowane na blogu ;)