SO DEARLY QAL z Quilts my Way #1 BLUE


Ostatnimi czasy zazwyczaj jest mnie mało na moim blogu, ale skoro już się wczoraj pojawiłam z nową poduchą, to równie dobrze mogę pobyć przez chwilę hiperaktywna. 

W tym roku postanowiłam dołączyć do QAL Gosi Pawłowskiej z bloga Quilts My Way. Zeszłoroczną zabawę podglądałam zawistnie, bo aby aktywnie uczestniczyć trochę brakowało mi czasu, a trochę umiejętności. W tym roku Gosia prezentuje sekretny quilt o tytułowej nazwie So Dearly szyty metodą paper piecing, którą bardzo lubię. Tempo zabawy jest również na moje możliwości, ponieważ co miesiąc będzie do uszycia jeden blok. Jeśli chcecie dołączyć, możecie to zrobić w każdym momencie trwania zabawy - ze szczegółami zabawy zapoznacie się na blogu Gosi, a efekty pracy uczestników podglądać można na profilu facebookowym.

Na pierwszy strzał postanowiłam sięgnąć po ukochane morsko-niebieskie shimmery. Pielęgnowałam je w skrytce od dłuższego czasu, aż nadszedł godny moment. Pierwszy blok uszyłam od razu, z wypiekami na twarzy, przy 3, lub 4 odcinkach Trapped na Netflixie. Islandzki chłód pasował mi do chłodnych tonów tkanin. 

Jestem dumna z tego jak na gotowym bloku pięknie łączą się wszystkie punkty. Trochę martwi mnie jednak, że kolorystycznie te moje shimmery się troszkę stapiają ze sobą. Mam nadzieję, że przy skończonym projekcie zabłyszczą jak pięknie oszlifowany kamień. Co mnie troszkę dobiło, to że po skończeniu szycia, podczas podziwiania efektu swojej pracy zauważyłam, ze zamieniłam jeden kolor z 1 na 3... Wyrwało mi się nawet na głos coś, czego nie wypada cytować ba blogu szyciowym...  Potem jeszcze trochę przeżywałam, ale ostatecznie postanowiłam, że na razie niech tak zostanie! Podejmę decyzję co z tym zrobić pod koniec zabawy.

Na pewno nie popełnię tego samego błędu przy szyciu różowej wersji kolorystycznej tego bloku, bo planuję uszyć (co najmniej) dwa quilty! Ale o tym niedługo (jak przyjdzie wypłata, żeby domówić tkaninę na tło).






Wiosenny Folk Snowflake - wprawki z techniką paper piecing


Jestem, jestem. Żyję, czasem trochę szyję, a nawet zdarza się, że coś skończę. Kończenie jest najfajniejsze w szyciu, ale nie zdarza się ot tak, po prostu. Trzeba poświęcić czas i się postarać, a potem zrobić przyzwoite zdjęcia, napisać wpis o tym jak to się szyło, a na końcu ogarnąć media społecznościowe. Ja się ostatnio, dla odmiany, wykładam na etapie robienia zdjęć. Umówiłam się w zeszły weekend z moją przyjaciółką Mary, żeby zrobić zdjęcia jej urodzinowej kołderce. Najpierw plażing na błoniach z wilkiem, a potem wycieczka na Dolnych Młynów, bo pomyślałam, że ten hipsterski industrial będzie fajnym tłem dla kołderki. Wiecie, taki profesjonalny blogerski klimat, modna cegła i knajpy wśród pustostanów. Wszystko szło ok, doszłyśmy na miejsce z wilkiem, zamówiłyśmy piwo i zaczekałyśmy aż słońce trochę zajdzie, bo światło było wciąż za mocne. Zamówiłyśmy kolejne piwo, rozmowa kleiła się jak za dawnych lat, aż tu nagle wróciłam po 23:00 do domu wężykiem, a rano na aparacie znalazłam tylko jedno zdjęcie piwa, na dodatek ze źle ustawionym balansem bieli. Taki wieczór należy zaliczyć oczywiście do udanych, ale nie bardzo jest czym się pochwalić na blogu.


W ogóle szycie zaczęło się od picia piwa. Okazja była wyśmienita, bo akurat było św. Patryka. Nie żeby brak okazji nie był wystarczająco dobrą okazją, ale ta była wyjątkowa, bo można się napić Guinnessa. Moja pierwsza, samodzielna, zagraniczna wycieczka była do Dublina (wieki temu!) i od tego czasu przez ten jeden dzień w roku czuję się trochę Irlandką. 


Zdjęcia udało mi się wreszcie poczynić dzisiaj w ogródku przykamienicznym, pod przekwitająca magnolią... 


Wiem, że nie wszystko wyszło idealnie, ale poszewka spodobała się Mary (pasuje jej do kołderki, którą już dostała) i do niej powędruje. Ja natomiast zabieram się za szycie pierwszego bloku w tegorocznym QAL z Quilts My Way i kończenie jedwabnej bluzki z jednego z ostatnich numerów Burdy. Mam nadzieję, że do zobaczenia wkrótce!


***

FOLK SNOWFLAKE
wykrój via craftsy
autorstwa Julianny Gąsiorowskiej

DOMOWE HAUTE COUTURE - wprawki z bluzką Advance 9555



DO SKUTKU

Tej bluzce poświęciłam chyba najwięcej czasu i pracy. Czy jest idealna? Oczywiście, że nie! Czy było warto? Zdecydowanie tak! Pomimo prostego kroju bardzo dużo się przy niej nauczyłam.

Chyba najwięcej czasu zajęło mi pilnowanie kratki. Mam teraz obsesję na punkcie dopasowywania wzorów na tkaninie. Kratka na wełnie z której szyłam jest bardzo drobna, dodatkowo tkanina jest dosyć lejąca, dlatego jej ujarzmienie nie było najprostszym zadaniem. Żeby szyło się łatwiej, oraz żeby bluzka nabrała bardziej stabilnej formy, postanowiłam podszyć ją miłą w dotyku, liliową bawełną. Każdy element wykroju skroiłam z wełny z grubym zapasem, następnie umieściłam na rozprasowanej bawełnie i dopiero po ręcznym przyfastrygowaniu ponownie wycięłam. Takie "kanapki" traktowałam dalej jak jeden materiał.
Bluzka początkowo miała mieć podszewkę, ale zrezygnowałam z niej w trakcie szycia i postanowiłam zastąpić wykończeniem z ręcznie wszystej wstążki.
Przód i tył skroiłam zgodnie z kierunkiem materiału, natomiast patki i rękawy po przekątnej. W patki wszyta jest dodatkowa warstwa jedwabnej organzy (skrojonej w poprzek, nie po skosie), która sprawia, że nie rozciągną się one w trakcie użytkowania i czyszczenia. Podszycie (interlining) rękawów, tak jak wierzchnia warstwa, jest skrojone po skosie, aby obie warstwy równo pracowały przy noszeniu. W brzegi dekoltu, zapięcia, rękawków i patek wszyta jest kremowa wypustka. 
Wybór guzików zawsze jest dla mnie problematyczny. Tak było i w tym przypadku. Niestety w moich odziedziczonych zbiorach nie znalazłam nic stosownego, więc musiałam zadowolić się tym, co znalazłam w pasmanterii. Kiedy patrzę na zdjęcia, to kwestionuję swój wybór, ale wydaje mi się, że na żywo dużo zyskują. Być może to kwestia balansu bieli w moim aparacie.

LEWA STRONA MA ZNACZENIE

W szyciu liczy się każdy detal. Wychodzę z założenia, że skoro poświęcam swój czas na szycie, to po to, aby stworzone przeze mnie rzeczy były naprawdę dopracowane i wyjątkowe. Długo szyłam w pośpiechu, a potem bardzo wstydziłam się tego co dzieje się w środku i dziwiłam, że ubrania po drugim praniu rozchodzą się w szwach.
Bardzo długo uważałam też, że kwestia eleganckiego, ręcznego wykończenia leży głównie we wrodzonym talencie. Nic bardziej mylnego! Krawiectwo to rzemiosło, wszystkiego można się nauczyć, a nasze zdolności zależą głównie od praktyki. Żyjemy w dziwnych czasach, kiedy przyzwyczaja się nas do natychmiastowych efektów, jednak wszelkiego rodzaju szeroko rozumiane rękodzieło jest wrogiem pośpiechu.
Teraz, ku swojemu zdziwieniu, bardzo lubię i celebruję czas spędzony z igłą i nitką. Moje szwy stały się proste i estetyczne, a na palcu pojawił się permanentny odcisk, dzięki któremu nie robi mi się dziura w palcu. Nie bardzo potrafię to wyjaśnić, ale może macie tak samo?


Całe odszycie dekoltu i tylnego zapięcia wszyłam ręcznie. Podobnie tasiemki. Najwięcej kłopotu sprawiły rękawy, które wdawałam parokrotnie, a potem musiałam zmienić sposób obszycia ich zapasów, bo mój pierwotny pomysł nie wypalił. Ostatecznie zdecydowałam się obłożyć je cienką tasiemką ze sztucznego jedwabiu (taką jak to scrapbookingu). Serdecznie polecam poszukać jej właśnie do wykończeń szwów - jest o niebo lepsza od poliestrowych, czy bawełnianych, które są dosyć sztywne i brzydko odznaczają się przy delikatnych tkaninach (co zresztą możecie zobaczyć przy dolnym szwie na mojej bluzce).
Przez chwilę chciałam nawet ręcznie wyszyć dziurki, ale próby, które zrobiłam na ścinkach rozwiały moje nadzieje. Przy tym rodzaju materiału i moich umiejętnościach okazało się to nierozsądne. Te maszynowe muszą wystarczyć.
Bluzkę nosi się bardzo dobrze. Podoba mi się w zestawieniu ze spodniami z Burdy, które prezentowała w jednym z pierwszych wpisów na blogu (ile to już czasu minęło).  Łukasz twierdzi, że wyglądam jak w uniformie ze Star Trecka, albo innego serialu science fiction i chyba ma trochę racji... Postaram się zrobić zdjęcie i wrzucić na Instagram, tymczasem musicie nacieszyć się zdjęciami na manekinie. 

CO W NAJBLIŻSZYM CZASIE?

Na pewno będzie kolejny quilt, którego top jest już prawie skończony! Dosyć podekscytowałam się też ostatnim numerem magazynu "Szycie". Uszyłam już model próbny ołówkowej spódnicy i właśnie skroiłam testową wersję okładkowych spodni. Kończę też wełnianą spódnicę z połowy koła i skopiowałam na pergamin prosty płaszcz z lat 60tych... Co z tego wszystkiego wyjdzie? Jak zawsze trudno powiedzieć :) Pożyjemy zobaczymy!

Pozdrawiam i do zobaczenia niedługo!

WARRIOR - najgorsze pikowanie świata


QUILT PO RAZ DRUGI
Stało się. Uszyłam quilt. Uszyłam go już dosyć dawno temu. Jeśli zaglądacie czasem na mojego fejsbuka, albo instagrama, to pewnie go już dosyć dobrze znacie. Miałam z tym quiltem sporo przebojów, potem podobne komplikacje przy robieniu mu zdjęć, aż w końcu straciłam wszelką nadzieję i postanowiłam po prostu wrzucić nowy post. Jeśli za każdym razem będę chciała dokarmiać swój perfekcjonizm, to będę musiała zapomnieć o prowadzeniu bloga...
Przepraszam za długą przerwę w nadawaniu. Szycie u mnie troszkę spowolniło tempo, głównie przez to, że w pracy dołożyli ma kolejne "role" za tyle samo cebuli na wypłacie, więc relaks przy maszynie zamieniam często na bycie kozą w wirtualnej rzeczywistości, albo inne odmóżdżające gry.
Aktywna bywam w tym miesiącu tylko na instagramie, gdzie próbuję nadążyć za listopadowym wyzwaniem Craftoholic Shop. Możecie tam już podejrzeć patchworkową poduchę, która dopiero czeka na swoją notkę na blogu i retro bluzkę, która powoli się szyje.


WARRIOR

Dzisiejszą gwiazdą odcinka jest wojownicza narzutka. Drugi quilt w moim szyciu. Po Brzydalu poczułam się pewnie (trochę zbyt pewnie) i postanowiłam zrealizować marzenie o pledzie w indiański wzór. Przegrzebałam internet i wybrałam wzór Suzy Quilts Warrior, który można bezpłatnie pobrać z jej strony. Co to dla mnie, "doświadczonej quilterki", jest? - pomyślałam. - Drobnostka!

Początek nie był taki zły, ale już przy rzędzie z trójkątami musiałam się nieźle napocić. Z niezidentyfikowanej przyczyny wyszedł parę centymetrów zbyt krótki. Tym razem nie prułam, ale uszyłam jeszcze raz zgodnie z instrukcjami. Wyszło dużo lepiej, ale wciąż nie idealnie. Zresztą cały ten patchwork to historia o tym, jak wbrew staraniom i ogromowi pracy, wszystko szło bardzo nieidealnie. 

Prucia był ogrom na wszystkich etapach szycia... Na szczęście mój mózg opracował obronny mechanizm wypierania traumatycznych zdarzeń i już mam ochotę na szycie kolejnego pledu. Ah ten syndrom sztokholmski!

Już się psychicznie szykuję na szycie urodzinowej kołderki dla mojej przyjaciółki. Poprzednio dostała falistą poszewkę na poduchę, teraz planuję prosty quilt, także z elementami drunkard's path, w soczyste sukulenty. Pomysł możecie podejrzeć tutaj.


Najbardziej problematyczny rząd
ZŁEJ BALETNICY...

Pewnie Was wkurza, że zawsze tak biadolę jak to mi nie poszło, ile było prucia, a potem na koniec efekt nie jest aż tak tragiczny, jak opisuję. Nie mam dzieci (oprócz dwóch psów), ale wyobrażam sobie, że proces twórczy jest podobny do macierzyństwa. Są kobiety, które bardzo źle znoszą ciążę, potem noworodki dają w kość, pojawia się stres i zmęczenie, ale ostatecznie mama patrzy na swoje dziecko z miłością i dumą. Wydaje mi się, że właśnie tak quilterka przeżywa proces twórczy, a potem patrzy na swoje patchworkowe dzieci. Jakiekolwiek by nie były, są nasze własne, warte każdego poświęcenia :)
Jeśli nie chcecie słuchać narzekania, to polecam pooglądać zdjęcia, bo dalej jest jeszcze więcej biadolenia! 

NAJGORSZE PIKOWANIE ŚWIATA 

Pikowanie z wolnej ręki to jest coś, co wygląda fajnie na filmikach na youtubie, jak robi to ktoś inny. Kiedy się próbuję tego po raz pierwszy na własnej maszynie, to wychodzi po prostu żałośnie... Jestem dosyć niecierpliwym człowiekiem, dlatego obrałam strategię, która wtedy wydawała mi się genialnie sprytna. Pikowanie we wzór, który w założeniu ma wyglądać jak dziecięce bazgroły. Inspiracją było zdjęcie innego quiltu ze strony Suzy Quilts, z tego postu. Zasiadłam do maszyny  bez większego przygotowania (poza merytorycznym), bardzo optymistycznie nastawiona, bo w teorii nie mogło pójść źle i po paru sekundach pikowania pomyślałam "o rety...". 
Problemem było wszystko. Zła wysokość biurka, ciężar i wielkość quiltu, a przede wszystkim mój brak doświadczenia... Pikowanie zajęło mi chyba ze trzy dni, podczas których musiałam robić przerwy, bo mięśnie mojego karku płonęły. Nie byłam zadowolona ze swojej pracy, ale na tym etapie było mi już wszystko jedno i chciałam po prostu jak najszybciej skończyć to cierpienie.

DLACZEGO HATIFNAT?

Wzór pikowania ochrzciłam jako pikowanie w hatifnaty. Hatifnaty, to takie śmieszne stwory z Muminków, które istniały nie wiadomo po co i lubiły ładować się piorunami, żeby potem histerycznie falować. Takie jest moje pikowanie: śmieszne (nie mylić z zabawne), porażone piorunem i histerycznie falujące... Wszystko się zgadza.
Sporo quilterek narzeka na proces wszywania ramki. Ja się upieram, że to najfajniejszy i najbardziej satysfakcjonujący etap tworzenia patchworkowej narzuty. Ramka nadaję ostatecznego charakteru quiltowi i magicznie odsuwa na bok wszelkie niedoskonałości. Z ramką nagle brzydkie pikowanie staje się ciekawą fakturą, czymś intencjonalnym. Uważam, że ładnie wszyta ramka jest dużo ważniejsza niż samo pikowanie. To jak brzydki facet, który nagle staje się intrygująco przystojny w idealnie skrojonym garniturze. Wiecie o co mi chodzi, prawda? 
Poniżej Łukasz prezentuje gotową kołderkę. Następnym razem dopilnuję, żeby ubrał bardziej pasujące buty i spodnie, albo uszyję większy quilt, który je ukryje...

Warrior znalazł dom w moim biurze, gdzie klimatyzacja często daje mi się we znaki. Razem ze skórką z liska Stefka, którą uwolniłam z babcinej szafy, tworzy miejsce pracy przyjazne każdej szamance. Kto pracuje w korporacji, nawet niedużej, wie, jak czary i magiczne zaklęcia są na co dzień potrzebne.
A Wy jak sobie radzicie ze zmęczeniem i jesiennym przesileniem?

DZIENNICZEK POSTĘPÓW - o tym jak jesień przyszła za wcześnie



Jeśli śledzicie blogowego facebooka, to prawdopodobnie wiecie, że po urlopie bardzo sumiennie zabrałam się za kolejny patchworkowy quilt i testowanie modeli do jesiennej garderoby. To było miesiąc temu... I wtedy nagle przyszedł deszcz. Dużo deszczu. Ja chyba jestem meteopatą, bo jak jest ciemno i ciśnienie niskie, to nawet kofeina podawana dożylnie nie jest w stanie mnie obudzić. Jak pada, to zazwyczaj jest ciemno, a jak jest ciemno, to ja zapadam na lekką formę narkolepsji. Człowiek się naogląda Midnight Quilt Show i chciałby szyć całą noc, a tu natura susła bierze górę i się oczy kleją na samą myśl o łóżku z ciepłym, futerkowym piesełem. 
Swoją drogą pieseł już przejął na własność Brzydala, który został czołową, łóżkową narzutą. Pieseł jest ciemny, w sypialni jest ciemno, Brzydal jest ciemny - na razie nie udało mi się wyprodukować wiarygodnej dokumentacji fotograficznej, dlatego musicie mi uwierzyć na słowo.

QUILT

Kolejny quilt jest w drodze. Ma się całkiem dobrze, top jest prawie skończony, ale na razie nie chcę zdradzać zbyt wiele, bo oczywiście planuję go wkrótce skończyć i zaprezentować... Na razie będzie tylko taka drobna zapowiedź.

GARDEROBA

O jakże ambitne plany jeszcze do niedawna miałam... Przyszły deszcze, katar, przeziębienie, ciemność, minął miesiąc, a ja zostałam z dwoma skopiowanymi wykrojami, dwoma zdekatyzowanymi kuponami wełny i dużym opóźnieniem. 
Po przejrzeniu wszystkich zgromadzonych wykrojów kopertowych plan minimum prezentuje się następująco: komplet Advance 9555 bluzka zapinana na plecach + ołówkowa spódnica, oraz sukienka Advance 9621, którą dostałam w prezencie od niezastąpionej Rvdzik :)


Poniżej znajdziecie próbkę modelu 9555 wykonaną ze starej zasłony z SH. Trochę szkoda, bo ten bukiet ułożył się wokół dekoltu w dosyć spektakularny sposób. 

A oto moje jesienne wełenki kostiumowe. Jasnokremowa jodełka i drobniutka kratka w jasno zielono-różowym kolorze.

VOGUE 6548

Na koniec chciałabym pochwalić się jedna z ostatnich zdobyczy, wspaniałym wykrojem Vogue na elegancką suknię z lat 50tych. Wykrój nie był tani, przesyłka była równie droga, pergamin jest lekko naderwany w paru miejscach, ale wszystkie elementy są do uratowania. Marzy mi się taka suknia z pewnego kuponu jedwabiu na specjalną okazję. Zrobiłam kilka kursów na craftsy, które troszkę rozwinęły moje pojęcie i zbudowały pewność siebie przy obcowaniu z jedwabiem, dlatego może kiedyś się odważę. To na pewno będzie bardzo wyjątkowy projekt!


Do zobaczenia wkrótce!

BRZYDAL, CZY MĘSKA RZECZ? - historia pierwszego quiltu


Bo to się zwykle tak zaczyna, powiedzą pewnie doświadczone quilterki. Będą miały rację. Jest coś dziwnego w składaniu skrawków i łatek w spójną całość, coś nieuchwytnego dla laika. Początki są oczywiście niewinne. Zawsze tak jest. Jakiś przelotny romans z prostym wzorem na poszewkę, potem coś bardziej imponującego na prezent dla kogoś, na kim nam zależy... I wtedy przychodzi ochota na coś więcej. Czujesz, że to jest ten moment, w którym chcesz iść na całość.
Tym sposobem rozpoczynają się poszukiwania tego jedynego. Tego, z którym warto zaryzykować, któremu chce się poświęcić cały swój czas, energię i te nieprzespane noce. Decyzja, na pozór łatwa, gorzej z realizacją. Poświęcasz więc godziny na przeszukiwanie internetu w poszukiwaniu tego czegoś, co sprawi, że będziesz wiedzieć, że to właśnie ten, że to ON. Bez końca przeczesujesz darmowe wzory do pobrania, przecenione kolekcje tkanin, zestawy kolorowych nici. Masz mętlik w głowie. Postanawiasz dać sobie czas i zrobić coś dla siebie.

Los jest jednak bardzo przewrotny i kiedy tylko przestajesz szukać, potrafi w bardzo perfidny sposób dawać znaki i wymuszać podejmowanie decyzji, na które nie jesteśmy gotowi. Niespodziewanie chodzisz więc w posiadanie zestawu luksusowych tkanin i nici, a mózg zaczyna wykonywać operacje w tle. Wcale tego nie chcesz, ba! Wzbraniasz się, bo to nie ten czas, miejsce i jeszcze coś tam innego. Przez głowę przelatuje ciąg pojęć, geometryczne wzory, szereg barw stanowiących logiczną całość, a nawet konieczność. Wtedy coś nagle w Tobie pęka. Zadajesz sobie pytanie czy podołam? Czy to dla mnie? A co jeśli mi się nie uda? Ale jest już za późno... Pracujesz na najwyższych obrotach i jest Ci z tym dobrze.

W krojeniu trójkątów i kwadratów jest jakaś urzekająca magia powtarzalności. Umysł nagle znajduje się we właściwym miejscu i osiąga zen, tao, czy innego rodzaju nirwanę. Nie istnieje nic poza kształtami i kolorami. Mija dużo czasu. Jesteś zadowolona z siebie.

Po tym pierwszym zauroczeniu przychodzi kolejny etap, który wymaga trochę więcej przytomności umysłu i opanowania. Zaczynasz zauważać, że niektóre rzeczy nie pasują do siebie tak idealnie jak przypuszczałaś, ale nie zatrzymujesz się przy tej refleksji zbyt długo. Wierzysz w słuszność sprawy i lecisz jak opętana na przód. Przychodzi czas na pierwsze prucie, ale to nic. To wszystko po to, by było cudownie. Musi tak być. Przecież to wiesz.


Robienie pierwszej kanapki okazuje się czymś cudownie prostym. Godziny filmików instruktażowych na youtubie i wpisów na innych blogach przyniosły oczekiwany skutek. Wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniem i w ekscytacji czekasz na pikowanie. Oh, to pikowanie, które ma być najbardziej ekscytującym momentem szycia. Zwieńczeniem
Twojego dzieła.
Wiesz, że nie będzie łatwo, dlatego wybierasz prosty, geometryczny wzór, nad którym zbyt długo myślałaś. Pełna lęku, ale i szczerych nadziei zasiadasz do maszyny pod osłoną nocy. Wtedy nagle dociera to do Ciebie. Nie jest łatwo. Drogie, wyszukane tkaniny, najlepsze nici, tyle pracy i serca... Patrzysz na te krzywe linie uciekające między Twoimi dłońmi i czujesz, że nad niczym nie masz kontroli. Czy to moja wina - pytasz nocy - dlaczego tak musiało się stać?. Patrzysz na ten żałosny widok i nie widzisz już swojego wyczekanego ideału. Widzisz już tylko Brzydala. Tyle zostało z marzenia o Męskiej Rzeczy.

Jest 3 w nocy. Zastanawiasz się, czy warto było się tak starać, żeby teraz wszystkim cisnąć w kąt. Podejrzewasz rozsądną decyzję, żeby iść spać i rozważyć dalszy ciąg tej historii rano. Na następny dzień wstajesz z kacem moralnym, pakujesz walizki i wyjeżdżasz z psami na tydzień. To jest udany, słoneczny tydzień, podczas którego nie rozdrapujesz niepowodzeń. Wracasz do domu i na Brzydala patrzysz łagodniejszym wzrokiem. Rozumiesz go, niemal mu współczujesz. Postanawiacie dać sobie drugą szansę.
Kolejna noc przy maszynie nie przynosi ani większych sukcesów, ani dalszych rozczarowań. Znacie się już na tyle dobrze, że wiecie w jakim kierunku oboje zmierzacie. Co dziwne, jest to nowy, wspólny kierunek. Kiedy pikowanie jest gotowe, patrzysz na Brzydala z perspektywy wspólnie spędzonych chwil i wydaje Ci się, że trochę wyprzystojniał. Może to tylko światło, albo zmęczenie, ale dochodzisz do wniosku, że jesteś straszną panikarą i lubisz wyolbrzymiać. Brzydal nie jest taki zły, potrzebuje jeszcze po prostu trochę uwagi i czasu. Wyjeżdżacie razem w góry.

W górach jesteś bardzo troskliwa i postanawiasz dać z siebie wszystko. Dopieszczasz ramkę ręcznym krytym ściegiem. Metry ręcznego wykończenia, odciski na palcach. W końcu nadchodzi ten moment, kiedy wszystko jest gotowe. To takie surrealistyczne, że na początku nie możesz w to uwierzyć. Patrzysz na swoje dzieło i widzisz już nie Kopciucha, ale Księcia z bajki. Jakie to dziwne, myślisz, jaki on piękny, jaki mój, jaki gotowy! Jesteś po uszy zakochana.


Przez ten tydzień w górach nie możecie się rozstać. Chcesz go mieć na wszystkich zdjęciach, spać z nim każdej nocy, wspólnie ogrzewać się, gdy zajdzie słońce. Nieoczekiwanie jednak turnus dobiega końca, a w Tobie odzywa się leciutki niepokój. Brzydal jest wciąż przy Tobie, ale Ty jesteś jakby nieobecna, myślami wodzisz po kolejnych kolekcjach tkanin, marzysz o porwaniu się na bardziej skomplikowane pikowanie... Znów pragniesz przeżyć tę przygodę ze wszystkimi wzlotami i upadkami. Nie możesz się doczekać powrotu do domu, żeby przejrzeć tajne zbiory tłustych ćwiartek i rozprasować wybrane szmatki. Dociera do Ciebie powoli, że jesteś uzależniona od patchworku.


SPIS TRECI

1. Projekt Angeli Walters CORAL, do pobrania na stronie Quilting Is My Therapy.
2. Zestaw drukowanych tkanin Mad Plaid AGF Fabrics, który dostałam w giveaway od Gosi z Quilts My Way
3. Jednobarwne tkaniny i ogromne bawełniane wypełnienie z kiltowo.pl
4. Zestaw nici Aurifil Winter Essentials z B-Craft

Wydane pieniądze - bardzo dużo. Wspomnienia? Bezcenne.

SIMPLICITY 1595 - Kobieta z przeszłością, sukienka po przejściach


Uszyłam sukienkę. Nic wielkiego, mogłoby się wydawać, jednak więcej znaków na niebie i ziemi mówiło, że to się nie może zakończyć sukcesem.

Zaczęło się niewinnie... Krojenie na podwójnie złożonym materiale, wszystko zgodnie z planem, aż tu nagle okazuje się, że jest go fizycznie mniej niż w mojej głowie... Oczywiście wszystkie pierdoły już skrojone, a ja zostaję z dwoma przodami (krojonymi razem z odszyciem) i tyłem spódnicy... Tkaninę kupiłam parę lat temu podczas wizyty w Północnej Walii, więc o dokupieniu nie było oczywiście mowy... Udało mi się skroić wszystko dzięki użyciu tajnych szamańskich zaklęć, a tajemnica poliszynela mówi, że przody są skrojone w różnych kierunkach, ale szczęśliwie chaotyczny wzór idealnie maskuję ten fakt. Jakimś kosmicznym cudem te różnie skrojone przody nie powyciągały się w przeciwne strony przy praniu, a prałam tę sukienkę kilka razy zanim w ogóle ją na siebie założyłam, ale o tym za chwilę.


Samo szycie sukienki było dosyć przyjemnym doświadczeniem, choć nie należało do najłatwiejszych przepraw... Dzisiejszy wpis uzupełnię zdjęciami i szerszym opisem konstrukcji i spraw technicznych od lewej strony, troszkę detali pojawiło się też już w dzienniczku postępów. Teraz ograniczę się do ogólnych wrażeń z procesu twórczego.

Zabawne jak proste wydają się konstrukcje sukienek z lat 40stych i 50tych. Nawet obrazkowy opis szycia krok po kroku dołączony do kopertowych wykrojów nie oddaje ogromu pracy, jaki czeka niczego niespodziewającą się domorosłą krawcową. Te rękawki krojone razem z karczkami, marszczenia przodów i pleców, dziwne kąty w dziwnych miejscach są nieśmiałym zwiastunem potu na czole i odcisków od igły na palcach... 

Jakby tego było mało, są jeszcze na tym świecie różnego rodzaju tak zwane zdarzenia losowe. Takim zdarzeniem, które zdarzyło się właśnie mnie w trakcie szycia, był incydent z jajkiem, a konkretnie rzecz ujmując z jego białkiem... Otóż moja wcale nie lepsza druga połowa postanowiła nakarmić psy surowym jajkiem w miejscu mojej pracy twórczej. Przemilczę fakt, że na to miejsce zazwyczaj wybieram kuchnię (duży stół, dobre światło)... Wina została bezsprzecznie ustalona w trybie natychmiastowym, ale cóż tam z ogłoszenia prawomocnego wyroku, skoro zbrodnia się dokonała. Spódnica została poplamiona. Na domiar złego początkowo zupełnie nie zdawałam sobie sprawy ze szkodliwości popełnionego czynu... Białko.. Spierze się... No chyba, że jednak nie!

Jeśli nigdy nie mieliście doczynienia z usuwaniem białka (zwłaszcza zakrzepniętego) z odzieży, to jesteście szczęściarzami. Szybki risercz na googlu wydał jednoznaczny wyrok - albo amoniak, albo kosz na śmieci. Decyzja była więc prosta - udałam się do supermarketu budowlanego i nabyłam roztwór amoniaku 20%. Tutaj muszę zaznaczyć, że jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy amoniak rzeczywiście aż tak bardzo śmierdzi, to potwierdzam. Chciałabym powiedzieć, że wiem to, bo dużo czytam, niestety prawda jest bardziej wstydliwa... Zaliczam się do grona osób, które akurat zawsze zastanawiały się, czy amoniak AŻ TAK śmierdzi... Do tego stopnia, że po odkręceniu buteleczki podstawiłam nos i nieśmiało powąchałam. Tak. Tak było. 
Cóż mogę powiedzieć... Wspomnienie prawdziwego, tartego chrzanu z dzieciństwa, który po spożyciu wykręcał mózg na drugą stronę zostało wyparte przez nowe, dużo bardziej przykre doświadczenie... Woda maniakalna, bo tak ja przechrzciłam, byłaby w stanie wskrzeszać zmarłych... Dziwię się, że nikt jeszcze na to nie wpadł. Być może wszyscy są mądrzejsi niż ja i nikt tego nigdy przede mną nie wąchał bezpośrednio z butelki... Myślicie teraz pewnie o boże jak można być tak głupim, ale ja to widzę inaczej. Dzięki mojej obywatelskiej odwadze możecie mówić, że wiecie jak bardzo śmierdzi amoniak, bo dużo czytacie! 
I ja to tak tutaj zostawię...

Amoniakowa kuracja za trzecim podejściem przyniosła efekty i nadszedł dzień kiedy mogłam wyprowadzić sukienkę przed szerszą publiczność. Nie wiem czy macie jakieś doświadczenia z szyciem, czy też noszenie rzeczy w stylu lat 40/50/60tych, ale mnie największą radość sprawiają komentarze starszych Pań na ulicy. Ja sobie zdaję sprawę, że to może być bardzo dziwne, ale dosyć często kiedy noszę własnoręcznie uszyte kreacje, gdzieś jakaś starsza Pani ogląda się za mną i mówi, że świetnie wyglądam, takie kobiece ciuszki, dobrze leżą, a ja się cieszę jak dziecko. Najlepsze komplementy jakie można zebrać, bo nie podszyte żadnym żądaniem, czy podtekstem! Na prawdę polecam.

Aha, dochodzimy do końca wpisu, więc wypadałoby wspomnieć o dzisiejszych zdjęciach... Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że nie zdawałam sobie sprawy, że ta wysokość obcasa wygląda aż tak absurdalnie!!! Teraz, kiedy już to z siebie wydusiłam, chciałam podziękować mojemu Instagram Husband - Łukaszowi. Dzisiaj poszło nam znacznie sprawniej niż ostatnio i jestem szczerze wzruszona, że nie wspomniał mi wcześniej o tym, jak zdążyłam się wygnieść w tej sukience. Co ja bym bez Ciebie zrobiła :)

Jeśli chodzi o te retro nieostrości... Tajemnica tkwi w chyba niesprawnym aparacie cyfrowym i radzieckich obiektywach na M42 (to jest gwint taki jak był w Zenitach). Ogólnie, jeśli pytacie, to powiedziałabym, że to jest zamierzony efekt i pasuje! A jeśli uważacie inaczej, to się po prostu nie znacie na sztuce i tyle ;)