Pokazywanie postów oznaczonych etykietą art gallery fabrics. Pokaż wszystkie posty

TAPIS - ręcznie pikowany quilt z notką egzystencjalną

 


Znów pojawiam się nagle po kolejnej długiej przerwie. Zresztą czy aż tak długiej? Mam wrażenie, że od 1,5 roku czas i tak przestał płynąć. Albo inaczej, część czasu, ta osobista, przeznaczona dla siebie na spacery, spotkania i ogólnie pojęte przyjemności, oddzieliła się i zaczęła podążać innym rytmem. Powiedzmy sobie szczerze, nigdy nie byłam duszą towarzystwa i przesiadywania w domu, to dla mnie bardziej wymówka, niż przymus. Mimo to coś się jednak zmieniło. 


Z jednej strony w świadomości ten czas się nigdy nie kończy. Jutro też jest dzień i ten dzień będzie bardzo podobny do tego dzisiaj i do rosnącej ilości dni z bezpośredniej przeszłości. Spieszyć się? Spiesz się powoli. Czy to nie jest pewien rodzaj luksusu? 


Może jest to dobry czas na podejmowanie się zadań mozolnych, czasochłonnych, których perspektywa ukończenia jest w dalekiej przyszłości. W tej statycznej rzeczywistości, w której zostaliśmy zamrożeni możemy postawić na jakość, a ta rzadko idzie w parze z pośpiechem. 


A może po prostu zaklinam rzeczywistość.  


Tak czy inaczej, mój niekończący się projekt jednak doczekał swojego końca. Niespieszny rok później mogę pochwalić się efektem tej przygody i z dumą powiedzieć, że to właśnie było to - przygoda. Zaczynam na coraz więcej rzeczy patrzyć z tej perspektywy. 

Zawsze mogło być lepiej. Zawsze mogło być też gorzej. A najgorzej byłoby nie skończyć w ogóle. 


Teraz narzutę czeka kolejna przygoda. Tym razem na własną rękę. Narzuta jedzie do nowego domu, a ja jestem wzbogacona o kolejną refleksję, że dzięki temu, cokolwiek się stanie, być może "nie wszystek umrę". A przynajmniej nie od razu :)


Szablon na ten quilt znajdziecie na stronie Art Gallery Fabrics.

ADORE LA - soczysty, urodzinowy quilt dla Mary


Pamiętają to już tylko najstarsi górale, ale kiedyś wspominałam o szyciu sukulentowej kołderki na prezent urodzinowy dla mojej przyjaciółki. Kołderkę uszyłam na czas (początek lutego!), znów problematyczne okazało się uwiecznienie jej na zdjęciach. Prób było kilka, jedne kończyły się pijaństwem, inne po prostu okrutnym lenistwem, ale udało się. Oto ona.



WIECIE JAK NIE WYMIĄĆ KOŁDERKI W TRANSPORCIE???

Zacznijmy od początku. Ten wzór nosi nazwę Adore La i jego autorem jest Angela Pingel. Instrukcję szycia, wraz z szablonami możecie bezpłatnie pobrać na stronie robertkaufman.com. W oryginalnym projekcie quilt uszyty jest z jednobarwnych tkanin, ale ja postanowiłam trochę z nim zaszaleć.

Punktem wyjściowym była kolorystyka wnętrza. U Mary w salonie panują dosyć soczyste kolory i odważne wzory. Do tego chciałam, żeby quilt w jakiś sposób nawiązywał do zeszłorocznego prezentu - patchworkowej, falistej poduszki, którą możecie zobaczyć w tym wpisie. Zależało mi na kolekcji tkanin w soczystych odcieniach zieleni i żółtego z organicznym motywem. Padło na succulence od Art Gallery Fabrics. Dobrałam to tego tłustą ćwiartkę połyskującego różu Shimmer Reflection Peach od Michaela Millera.

Już w nowym domu!

Osobiście jestem absolutnie zakochana w tych kolorach i wzorach! Mogliście już zresztą zobaczyć uszytą przeze mnie poszewkę z resztek w jednym z poprzednich wiosennych wpisów
Wracając do quiltu... Trochę drunkards path, a reszta gładkie tło... Pójdzie szybko i bez problemów. Czyżby?

Ooops!

Było więc kilka poprawek (musiałam spruć pół quiltu...), ale ostatecznie udało się ogłosić pełen sukces - top był gotowy. Top topem, ale co dalej? Pikowanie śniło mi się po nocach. Serio. Ja wiem, że dla niektórych jest to najprzyjemniejsza część, dla mnie jest to zawsze trauma. Pomijając moje wątpliwe umiejętności przesuwania tej zawsze za dużej płachty pod maszyną, to sesję pikowania zawsze skutkują u mnie migreną. Pewnie źle siedzę, za bardzo się staram i napinam mięśnie karku... Jakkolwiek by to sadomasochistycznie nie zabrzmiało, to ostatecznie czuję jednak jakbym wykonała kawał ciężkiej fizycznej roboty, co daje pewną bolesną satysfakcję.


A więc pikowanie. Tak, tak - w końcu oświeciło mnie kiedy siedziałam w wannie, a jakże. Geometryczny chaos z wolnej ręki na tle, a na liściach coś bardziej roślinnego. Te geometryczne wzory pikowało się super, do tego w ekspresowym tempie! Początek trochę nerwowy, ale jak już zapełniłam kawałek, to bardzo spodobał mi się uzyskany efekt zmiętej chusteczki. 


Niby mogłam pojechać tak też po liściach, ale na liście specjalnie dobrałam nitki w pasujących kolorach. No i się zaczęło tak zwane quilting to death... Złapałam fazę, a potem już było za późno, żeby się wycofać. Ostatecznie tło, czyli jakieś 80% quiltu, przepikowałam w mniej więcej godzinę. Liście zajęły mi kolejne 3 wieczory...


Każdy liść dostał swój własny, wyjątkowy motyw, a kontur zaznaczyłam ciemnozieloną nitką od lewej strony (od plecków kołderki). Powiem tak: jestem dosyć zadowolona z tego jak wszystko wyszło, jak nitki się wtopiły w kolorowe wzory na przedniej stronie, z ogólnej faktury jaką uzyskałam. Dosyć zadowolona, ale nie zwalona z nóg. Nie wiem czy Wy też tak macie, że prawie zawsze pod koniec pracy zostaje niedosyt? W sumie nie jestem specjalnie doświadczona quilterką, może to po prostu przyjdzie z czasem?
Mary - moja obdarowana przyjaciółka - ukochała sobie tę kołderkę. Dostała też w gratisie resztkową poszewkę, o której wspominałam wcześniej. Pomimo, że męczy mnie trochę świadomość, że może mogłam pewne rzeczy lepiej przemyśleć i uszyć, to największa satysfakcja płynie z faktu, że Mary się podoba :)