Pokazywanie postów oznaczonych etykietą suzy quilts. Pokaż wszystkie posty

Bow and Arrow baby quilt - to nie tak jak myślisz!



Chwilę mnie nie było, przyznaję. Początkowo to miała być krótka chwila, która jednak przedłużyła się do ponad dwuletniej nieobecności, dlatego czuję, że winna jestem Wam jakieś krótkie bodaj wyjaśnienie.
A więc zaczęło się od kupna mieszkania i niekończącego się remontu. W międzyczasie pojawiły się różne komplikacje rodzinne, także te najbardziej tragiczne. Do tego wszystkiego straciłam pracę i dosyć długo szukałam nowej. Zmianie uległa nawet ilość psów w stadzie - dołączył do nas Chrupek (który dzisiaj jest głównym modelem na zdjęciach), ale niestety pożegnaliśmy pod koniec lutego Odysa, który dzielnie dożył aż 16 lat. To nie jest jednak tak, że przez ten czas działy się same kataklizmy, choć czasem odnosiłam takie wrażenie. Mieszkanie wciąż powoli urządzamy, ale już jest to bardziej dom, niż swędzący strup. Zajęłam się też trochę renowacją mebli i kiedy czas i warunki pozwalały, trochę nawet szyłam. No i dziś chciałam zaprezentować jeden z ostatnich moich uszytków właśnie. 

BOW AND ARROWS BABY QUILT
Powracam z kocykiem dziecięcym, co może budzić Wasze podejrzenia co do zmiany naszej sytuacji rodzinnej, ale pragnę uspokoić, że kocyk jest prezentem dla mojej kuzynki i jej nowo narodzonej córeczki Niah :) Nie widujemy się zbyt często, moja kuzynka urodziła się i mieszka w Niemczech, baby quilt wydał mi się stosownym podarunkiem, bo jak każdy quilt jest czymś osobistym i szytym od serca. Jest takim ciepłym ramieniem, które otula i koi. Dobór kolorów może i tendencyjny, wiadomo, dziewczynka, to na pewno będzie chciała być różową księżniczką, ale odcienie różu są... yyy... różne, a do tego tworzą taki efekt ombre (a przynajmniej taki był zamysł), więc myślę, że nawet buntownicza księżniczka go pokocha :)


PIKOWANIE, NO CÓŻ...
W życiu trzeba znaleźć swoją niszę. Pikowanie? Za trudne? No, mnie przerasta, ale to nic. Tak jak pisuar w muzeum potrafi być sztuką, tak nieskromnie uważam, że moje koślawe pikowanie z wolnej ręki oprawione w elegancką ramkę DAJE RADĘ! ;) Do tego jaka może być lepsza okazja na gryzmoły, jeśli nie kołderka dla dziecka. Nie zrozumcie mnie źle, nie chodzi o wymówkę, ale o znalezienie swojego wewnętrznego dziecka i po prostu czerpanie radości z zajęcia, które w normalnych okolicznościach może nie należeć do ulubionych. Osobiście uważam, że przy ręcznie wszytej ramce, każdy z nas może być Jasonem Pollockiem pikowania!

zdjęcie z telefonu


 
WZÓR
Wzór, z którego korzystałam to Bow and Arrows stworzony przez Suzy Quilts. To darmowy wzór, który dostajemy w prezencie po dołączeniu do newslettera. To już drugi raz, kiedy postanowiłam uszyć coś od Suzy, moją wersję Warrior quiltu możecie zobaczyć w notce tutaj. Linkuję jeszcze notkę z bloga Suzy, która jest moją absolutną inspiracją jeśli chodzi o to, ale i o wszystkie inne moje pikowania do tej pory. 


No a na koniec sneak peek tego, nad czym pracuję aktualnie :) Też prezent - na szczęście pod Choinkę, więc jest szansa, że zdążę.

zdjęcie z telefonu
Pozdrawiam zbłąkanych wędrowców. Do szybkiego!

WARRIOR - najgorsze pikowanie świata


QUILT PO RAZ DRUGI
Stało się. Uszyłam quilt. Uszyłam go już dosyć dawno temu. Jeśli zaglądacie czasem na mojego fejsbuka, albo instagrama, to pewnie go już dosyć dobrze znacie. Miałam z tym quiltem sporo przebojów, potem podobne komplikacje przy robieniu mu zdjęć, aż w końcu straciłam wszelką nadzieję i postanowiłam po prostu wrzucić nowy post. Jeśli za każdym razem będę chciała dokarmiać swój perfekcjonizm, to będę musiała zapomnieć o prowadzeniu bloga...
Przepraszam za długą przerwę w nadawaniu. Szycie u mnie troszkę spowolniło tempo, głównie przez to, że w pracy dołożyli ma kolejne "role" za tyle samo cebuli na wypłacie, więc relaks przy maszynie zamieniam często na bycie kozą w wirtualnej rzeczywistości, albo inne odmóżdżające gry.
Aktywna bywam w tym miesiącu tylko na instagramie, gdzie próbuję nadążyć za listopadowym wyzwaniem Craftoholic Shop. Możecie tam już podejrzeć patchworkową poduchę, która dopiero czeka na swoją notkę na blogu i retro bluzkę, która powoli się szyje.


WARRIOR

Dzisiejszą gwiazdą odcinka jest wojownicza narzutka. Drugi quilt w moim szyciu. Po Brzydalu poczułam się pewnie (trochę zbyt pewnie) i postanowiłam zrealizować marzenie o pledzie w indiański wzór. Przegrzebałam internet i wybrałam wzór Suzy Quilts Warrior, który można bezpłatnie pobrać z jej strony. Co to dla mnie, "doświadczonej quilterki", jest? - pomyślałam. - Drobnostka!

Początek nie był taki zły, ale już przy rzędzie z trójkątami musiałam się nieźle napocić. Z niezidentyfikowanej przyczyny wyszedł parę centymetrów zbyt krótki. Tym razem nie prułam, ale uszyłam jeszcze raz zgodnie z instrukcjami. Wyszło dużo lepiej, ale wciąż nie idealnie. Zresztą cały ten patchwork to historia o tym, jak wbrew staraniom i ogromowi pracy, wszystko szło bardzo nieidealnie. 

Prucia był ogrom na wszystkich etapach szycia... Na szczęście mój mózg opracował obronny mechanizm wypierania traumatycznych zdarzeń i już mam ochotę na szycie kolejnego pledu. Ah ten syndrom sztokholmski!

Już się psychicznie szykuję na szycie urodzinowej kołderki dla mojej przyjaciółki. Poprzednio dostała falistą poszewkę na poduchę, teraz planuję prosty quilt, także z elementami drunkard's path, w soczyste sukulenty. Pomysł możecie podejrzeć tutaj.


Najbardziej problematyczny rząd
ZŁEJ BALETNICY...

Pewnie Was wkurza, że zawsze tak biadolę jak to mi nie poszło, ile było prucia, a potem na koniec efekt nie jest aż tak tragiczny, jak opisuję. Nie mam dzieci (oprócz dwóch psów), ale wyobrażam sobie, że proces twórczy jest podobny do macierzyństwa. Są kobiety, które bardzo źle znoszą ciążę, potem noworodki dają w kość, pojawia się stres i zmęczenie, ale ostatecznie mama patrzy na swoje dziecko z miłością i dumą. Wydaje mi się, że właśnie tak quilterka przeżywa proces twórczy, a potem patrzy na swoje patchworkowe dzieci. Jakiekolwiek by nie były, są nasze własne, warte każdego poświęcenia :)
Jeśli nie chcecie słuchać narzekania, to polecam pooglądać zdjęcia, bo dalej jest jeszcze więcej biadolenia! 

NAJGORSZE PIKOWANIE ŚWIATA 

Pikowanie z wolnej ręki to jest coś, co wygląda fajnie na filmikach na youtubie, jak robi to ktoś inny. Kiedy się próbuję tego po raz pierwszy na własnej maszynie, to wychodzi po prostu żałośnie... Jestem dosyć niecierpliwym człowiekiem, dlatego obrałam strategię, która wtedy wydawała mi się genialnie sprytna. Pikowanie we wzór, który w założeniu ma wyglądać jak dziecięce bazgroły. Inspiracją było zdjęcie innego quiltu ze strony Suzy Quilts, z tego postu. Zasiadłam do maszyny  bez większego przygotowania (poza merytorycznym), bardzo optymistycznie nastawiona, bo w teorii nie mogło pójść źle i po paru sekundach pikowania pomyślałam "o rety...". 
Problemem było wszystko. Zła wysokość biurka, ciężar i wielkość quiltu, a przede wszystkim mój brak doświadczenia... Pikowanie zajęło mi chyba ze trzy dni, podczas których musiałam robić przerwy, bo mięśnie mojego karku płonęły. Nie byłam zadowolona ze swojej pracy, ale na tym etapie było mi już wszystko jedno i chciałam po prostu jak najszybciej skończyć to cierpienie.

DLACZEGO HATIFNAT?

Wzór pikowania ochrzciłam jako pikowanie w hatifnaty. Hatifnaty, to takie śmieszne stwory z Muminków, które istniały nie wiadomo po co i lubiły ładować się piorunami, żeby potem histerycznie falować. Takie jest moje pikowanie: śmieszne (nie mylić z zabawne), porażone piorunem i histerycznie falujące... Wszystko się zgadza.
Sporo quilterek narzeka na proces wszywania ramki. Ja się upieram, że to najfajniejszy i najbardziej satysfakcjonujący etap tworzenia patchworkowej narzuty. Ramka nadaję ostatecznego charakteru quiltowi i magicznie odsuwa na bok wszelkie niedoskonałości. Z ramką nagle brzydkie pikowanie staje się ciekawą fakturą, czymś intencjonalnym. Uważam, że ładnie wszyta ramka jest dużo ważniejsza niż samo pikowanie. To jak brzydki facet, który nagle staje się intrygująco przystojny w idealnie skrojonym garniturze. Wiecie o co mi chodzi, prawda? 
Poniżej Łukasz prezentuje gotową kołderkę. Następnym razem dopilnuję, żeby ubrał bardziej pasujące buty i spodnie, albo uszyję większy quilt, który je ukryje...

Warrior znalazł dom w moim biurze, gdzie klimatyzacja często daje mi się we znaki. Razem ze skórką z liska Stefka, którą uwolniłam z babcinej szafy, tworzy miejsce pracy przyjazne każdej szamance. Kto pracuje w korporacji, nawet niedużej, wie, jak czary i magiczne zaklęcia są na co dzień potrzebne.
A Wy jak sobie radzicie ze zmęczeniem i jesiennym przesileniem?